Showing posts with label Partia Kobiet. Show all posts
Showing posts with label Partia Kobiet. Show all posts

Saturday, January 3, 2009

Protest przeciwko ustawie bioetycznej

... ciągła irytacja daje Fitce kopa do działania,
tyłek od tego trochę boli,
ale co tam...
Fitka woli siny tyłek...
woli od inkwizycji.

Przeczytajcie, pomyślcie o przyszłości i PODPISZCIE!
i jeszcze roześlijcie do swoich znajomych!

Poniższą petycję można podpisać TUTAJ:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=3700

Do:
Premier RP
Donald Tusk
Al.Ujazdowskie 1/3, 00-583 W-wa;
Sejm RP, Wiejska 4/6/8, 00-902
W-wa

PROTEST SPOŁECZNY
Przeciwko „Ustawie o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw” (z dnia 10.XII 2008 r) wypracowanej przez Zespół ds. Konwencji Bioetycznej, powołany na mocy Zarządzenia nr 38 Prezesa Rady Ministrów z dnia 7 kwietnia 2008 pod przewodnictwem Posła Jarosława Gowina

Szanowni Ustawodawcy!
Panie Premierze!
Państwo Posłanki i Posłowie Sejmu RP!

W imię solidaryzmu społecznego zgłaszamy swój protest przeciwko projektowi Ustawy, która zagraża wolnościom i prawom obywatelskim oraz prawom człowieka. Projekt Ustawy nie jest zgodny ani z międzynarodowymi standardami ochrony praw człowieka, w tym z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, konwencjami ONZ i Rady Europy, ale także z Konstytucją RP. Z konstytucyjnego punktu widzenia narusza zasadę neutralności światopoglądowej państwa, niedyskryminacji i równego traktowania (ze względu na płeć, wiek, stan cywilny, stan zdrowia, etc.), jak również zasadę równego dostępu do opieki zdrowotnej.
Z medycznego punktu widzenia nie zapewnia dostępu do najlepszych procedur medycznych. Ustawa dyskryminuje kobiety odbierając im prawa do decydowania o swojej płodności, wprowadza kuriozalną z prawnego i naukowego punktu widzenia zasadę przedkładania interesu komórki jajowej i zarodka nad prawa dorosłych ludzi pragnących leczyć niepłodność. Niektóre jej ograniczenia podobne są do stosowanej w przeszłości i uznawanej za zbrodniczą legislacji eugenicznej.
Projekt ustawy wzbudza sprzeciw tak ze względu na treść jak i na proces jej powstawania. Pozorne konsultacje społeczne, brak debaty publicznej nad propozycjami specjalistów i grup interesów zaangażowanych w tworzenie rozwiązań bioetycznych (pacjentów, lekarzy i prawników), to tylko niektóre błędy proceduralne popełnione podczas prac nad projektem Ustawy naruszające zasadę partycypacji społecznej, jawności życia publicznego i procesów demokratycznych.
Niepłodność to nie problem wyłącznie osób dotkniętych niepłodnością, to poważny problem społeczny, z którym przyszło nam się zmierzyć w XXI wieku. Stworzenie dobrego prawa jest obowiązkiem władz państwowych. Ustawa bioetyczna ma dotyczyć wszystkich ludzi o różnych światopoglądach i nie zgadzamy się na to, by preferowanie jednego tylko światopoglądu nam te prawa odebrało. Tymczasem zapisy w projekcie Ustawy są dyskryminujące i odzwierciedlają poglądy tylko części społeczeństwa utożsamiającego się ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego. Sposób, w jaki hierarchia Kościoła Katolickiego ingeruje w tworzenie prawa jest wysoce niepokojący. Żadna religia nie może rościć sobie prawa do wpływania na władze publiczne. Projekt Ustawy jawnie łamie artykuł 25 Konstytucji RP, który głosi, iż władze publiczne w naszym kraju zachowują bezstronność w sprawach religijnych światopoglądowych i filozoficznych.
Są w proponowanej Ustawie zapisy nie do przyjęcia, zapisy, które pozbawiają wolnych ludzi ich praw: przymusowe odbieranie zarodków, wyłączenia ze względu na wiek i choroby (nie tylko genetyczne, bo ustawa nie określa rodzaju choroby), zakaz dawstwa gamet, ograniczenie ilości tworzenia zarodków, co w praktyce oznacza narażenie kobiety na kolejne mocno obciążające organizm terapie hormonalne. Mocno dyskryminujące i piętnujące osoby dotknięte niepłodnością są też zapisy dotyczące dokumentacji medycznej i osobowej. Prawo do procedury medycznie wspomaganej prokreacji wyłącznie dla par małżeńskich może w praktyce oznaczać, że osoby nie będące w związkach, zarówno kobiety jak i mężczyźni nie będą mieli prawa do leczenia.
Ponadto Ustawa tylnymi drzwiami chce wprowadzić faktyczny całkowity zakaz przerywania ciąży, a więc także wówczas, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu oraz gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (czyli np. gwałtu lub czynu kazirodczego).
Jako społeczeństwo chcemy, by zagadnienia bioetyczne zostały uregulowane zgodnie z najlepszymi standardami etycznymi, medycznymi i naukowymi. Niepłodność jest chorobą i jej leczenie jest prawem każdego człowieka, niezależnie od jego światopoglądu, stanu cywilnego i sytuacji materialnej. Zapisy znajdujące się we wspomnianym projekcie uniemożliwiają leczenie skuteczne, bezpieczne i na wysokim poziomie.

Szanowni Państwo, proponowana wersja ustawy jest niebezpieczna, również dlatego, że zawiera poważne błędy merytoryczne, a wiele z proponowanych rozwiązań opiera się na fałszywych przesłankach. Przekreśla wieloletnie doświadczenia i umiejętności zdobyte przez polskich lekarzy. Pamiętajmy, zbyt szybko wypowiedziane fałszywe słowa jednego człowieka na całe lata zahamowały transplantologię w Polsce, a zła ustawa bioetyczna może na lata zahamować postęp nauki i medycyny w zakresie leczenia niepłodności i pozbawić wiele bezdzietnych par szansy na naturalne rodzicielstwo.
Dzięki metodom wspomaganego rozrodu w ciągu 30 lat na całym świecie urodziło się blisko 3,5 mln dzieci, w Polsce na świat przychodzi rocznie ok. 6 tys. dzieci. Tych dzieci nie będzie, jeśli dziś nie zaprotestujemy przeciwko złemu prawu. Jako wolne, demokratyczne społeczeństwo zasługujemy na dobre prawo.

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Wanda Nowicka
Fundacja MaMA, Sylwia Chutnik, Julia Kubisa, Anna Pietruszka - Dróżdż, Patrycja Dołowy
Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, Blanka Żukowska, Barbara Szczerba,
Michał Damski
Nieformalna Grupa Łódź Gender, Iza Desperak
Partia Kobiet, Anna Kornacka
Fundacja Feminoteka, Joanna Piotrowska
Towarzystwo Rozwoju Rodziny, dr Grzegorz Południewski, prezes
Stowarzyszenie na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo NEUTRUM, Czesław Janik
Fundacja Przestrzeń Kobiet, Natalia Sarata i Ewa Furgał
Fundacja Anka Zet Studio, Anna Zawadzka
Stowarzyszenie „Ekspedycja w Głąb Kultury”, Zabrze, Ewa Stoecker
Stowarzyszenie Aktywne Kobiety, Sosnowiec, Halina Sobańska
Stowarzyszenie Kobiet KONSOLA, Poznań
Fundacja Centrum Praw Kobiet, Urszula Nowakowska
Demokratyczna Unia Kobiet, Gdańsk, Lucyna Orłowska
Fundacja Autonomia, Agata Teutsch
Demokratyczna Unia Kobiet, Anna Mackiewicz wiceprzewodnicząca Krajowej Rady DUK
Zieloni 2004, Agnieszka Grzybek, Dariusz Szwed
Fundacja Obywatelki.pl - prezes Ewa Papla
Stowarzyszenie Współpracy Kobiet, NEWW, Małgorzata Tarasiewicz
Fundacja Przestrzenie Dialogu
Grupa Inicjatyw Genderowych
Fundacja Kobieca eFKa, Slawka Walczewska

Niżej podpisana:
Wanda Nowicka
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny

Monday, November 17, 2008

90. rocznica odzyskania niepodległości...

Parę dni temu, 11 listopada, Polacy obchodzili 90. rocznicę odzyskania niepodległości. 90 lat temu ogłoszono „całkowite, polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości”. Cały naród się cieszył, choć jakaś mniej więcej połowa narodu została w tej formule pominięta. Ale – stało się! Przeoczenie zostało naprawione, dzięki czemu za parę dni, 28 listopada, przypada również 90. rocznica wydarzenia, które dla nas, kobiet, jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach polskiego ruchu kobiecego; tego dnia kobiety polskie uzyskały pełnię praw wyborczych.

Od tego momentu Polki zaczęły korzystać z czynnego prawa wyborczego, pomimo jednak na ogół wysokiej frekwencji wyborczej, przez następne lata ich aktywność w życiu politycznym była raczej mizerna i mało znacząca.

Na łamach kobiecego czasopisma „Bluszcz” (reaktywowanego niedawno) komentowano ten problem następująco: „w sprawach polityki nie istnieje solidarność kobieca. W charakterze członków ciała ustawodawczego Polki nie potrafią zaznaczyć właściwie kobiecego stanowiska”, a także „O ile kobiety nie korzystają z czynnego i biernego prawa wyborczego, a więc z praw politycznych, o tyle nie będą mogły przeprowadzić swych postulatów społecznych”.

Oczywiście, z czasem kobitki uaktywniły się, przestały być apolityczne, ale też nie czarujmy się – zdecydowanej większości polityka kompletnie nie interesowała, ponieważ zdecydowana większość uważała, że polityka to rzecz męska. Ale... te, które się uaktywniły zaczęły tworzyć własne struktury o różnym stopniu masowości i różnorodnych zadaniach (w 1930 r. stworzyły nawet własny, samodzielny Komitet Wyborczy Organizacji Kobiecych z około dwudziestoma kandydaturami kobiecymi do Sejmu i Senatu). Rzecz jasna, tylko nieliczne uzyskiwały stanowiska polityczne, pełniły jednak głównie role służebne wobec swoich kolegów; podczas gdy leaderzy partii pięknie przemawiali, one biegały z ulotkami, redagowały teksty, drukowały i w ogóle wykonywały, z właściwym sobie wdziękiem najtrudniejsze, najmniej wdzięczne roboty.

Czy wiele się od tamtego czasu zmieniło? I tak i nie.

Przez te 90 lat Świat wielokrotnie już przewracał się do góry nogami; nastąpiły nieprawdopodobne, dziejowe przemiany polityczne w naszym kraju, w Europie i na Świecie, dokonał się oszałamiający postęp we wszystkich dziedzinach życia, również naszego życia – kobiet; wyszydzanym i ośmieszanym feministkom zawdzięczamy to, że współcześnie wszystkie mamy poczucie oczywistości praw kobiet i to właśnie odróżnia dzisiejszy feminizm od wcześniejszych jego etapów; w sferze prywatnej od dawna nie wystarcza nam prowadzenie domu, rodzenie i wychowywanie dzieci, i pielęgnowanie rodzinnych tradycji... a osławiona poprawność polityczna nie pozwala już politykom, przynajmniej oficjalnie, dziwić się naszym aspiracjom.

Podobno (statystyka) jesteśmy nieźle wykształcone, pracowite i systematyczne, i wciąż skłonne do poświęceń; podobno nasze zdolności i potrzeby empatyczne przewyższają te naszych męskich partnerów. Podobno... Dlaczego więc w polskiej polityce kobiety nie są traktowane poważnie i zdają się być jedynie elementem dekoracyjnym?

Polityk-mężczyzna może być chamem, niedouczonym karierowiczem, kłamcą, a nawet przestępcą, może mówić nie na temat i może bezczelnie udawać, że nie rozumie pytań drugiej strony; w zasadzie nie ponosi żadnej odpowiedzialności za słowo, wobec nikogo, a najmniej wobec społeczeństwa.

Kobieta-polityk niejako z założenia nie jest traktowana serio; jeśli zdarzy jej się jakaś niekonsekwencja lub nie daj Boże palnie jakąś głupotę, to już zawsze ciąży na niej piętno idiotki. Co gorsza, nawet i ta, której się to nigdy nie przydarzyło, musi wciąż udowadniać, że idiotką nie jest.

Badania socjologów, porównujące sytuację polityczną kobiet w kilkudziesięciu krajach, wykazują, iż jest ona najgorsza w krajach postkomunistycznych, przy czym Polska stanowi pośród nich prawdziwy fenomen. Otóż na pytanie: "Czy widzi pan/pani kobietę jako przywódcę?" połowa Polaków odpowiada twierdząco, ale – co ciekawe – zdecydowana większość kobiet w naszym kraju jest przeciwko.

Z drugiej strony, gdy przyjrzymy się polskim organizacjom pozarządowym, okazuje się, iż większość z nich prowadzą kobiety; działaczki tych organizacji dowodzą swoją skutecznością, że potrafią się jednoczyć wokół konkretnych celów i odnosić sukcesy.

Ponadto, Polska jest europejskim liderem, jeśli chodzi o udział w rynku kobiet-przedsiębiorców; aż 44% firm należy do kobiet. Według tzw. męskiego rozsądku wiele z tych firm nie powinno było nigdy powstać, nie wspominając o dobrym funkcjonowaniu. To dowód, że postrzegając świat na swój "kobiecy sposób", potrafimy w nim sensownie funkcjonować i odnosić sukcesy.

Dlaczego więc w sferze publicznej jesteśmy odsuwane na margines? Dlaczego polska demokracja dotyczy nas jakby mniej niż naszych kolegów? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa; na naszą "kondycję" kobiecą składa się wiele elementów, jeden z nich jednak przywoływany jest nader często...

Ponoć żywimy wobec siebie tzw. solidarność negatywną, co same dostrzegamy, ale nie zmienia to sytuacji, że nasza solidarność jest płytka i ma znaczenie jedynie w małych grupach. Możemy się zżymać, ale przecież niejednokrotnie tego doświadczałyśmy.

Na własnym blogu mogę sobie pozwolić na szczerość, więc dodam jeszcze jeden element: niestety, olbrzymi odsetek rodzaju żeńskiego odznacza się bezdenną głupotą. Przykro to przyznać i wcale nie oznacza, że rodzaj męski nie jest dotknięty tą chorobą, tyle że... no cóż... o wiele byłoby łatwiej, gdyby w proporcjach rozumu szala przechyliła się nieco na naszą stronę; łatwiej, bo mamy więcej do nadgonienia.

Co rozumiem przez głupotę (to wcale nie takie oczywiste) – napiszę kiedyś, teraz wracam do adremu!

Opinie zamieszczone w Bluszczu kilkadziesiąt lat temu niewiele się różnią od tych dzisiejszych. Naszą znikomą skuteczność polityczną tłumaczy się przede wszystkim brakiem doświadczenia politycznego (bo niby skąd mamy je mieć?) i brakiem kobiecej solidarności.

Zastanawiałam się długo, czy jest ona możliwa... uważam, że nie, w każdym razie jeszcze długo nie, cholera – chyba w ogóle... Z całą pewnością jednak nie jest możliwa, wbrew dyrdymałom opowiadanym przez niezwykle inteligentnych publicystów, tzw. "solidarność jajników". To określenie fajnie brzmi i w ogóle jest takie celne, ale jak się chwilkę zastanowić - pod warunkiem, że ma się taki zwyczaj - to tego typu solidarność jest najmniej możliwa, nie wspominając o tym, że nie jest potrzebna.

Możliwa jest natomiast solidarność, która skupi nas wokół wspólnego celu.

I znowu do adremu...

Kobiece organizacje pozarządowe od lat walczą o sprawy, które i nam, członkiniom Partii Kobiet, są najbliższe. Jeśli przyjrzeć się wyznaczonym przez te organizacje celom i określonym misjom, wszystkie w trochę odmiennych wariantach zawierają te same treści, które brzmią jak jakaś mantra:

działanie na rzecz równego statusu kobiet i mężczyzn w życiu publicznym i w rodzinie; integracja kobiet, zapobieganie dyskryminacji ze względu na płeć, upowszechnianie i ochrona praw kobiet, przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu kobiet i rodzin, wyrównywanie szans; dążenie do równości praw i szans dla wszystkich, pełnoprawne uczestnictwo z życiu społecznym, politycznym, gospodarczym i kulturalnym bez względu na płeć, wiek, pochodzenie, wykształcenie, status materialny, stan zdrowia czy orientację seksualną; działanie na rzecz likwidacji dyskryminacji ze względu na płeć w literaturze, kulturze, sztuce oraz życiu publicznym itp., itd.

Stworzyłyśmy partię, ponieważ jesteśmy przekonane, że "uczestnicząc w życiu społecznym i publicznym polskie kobiety chcą, mogą i powinny mieć także udział w rządzeniu Polską. Pragniemy, żeby głos kobiet był brany pod uwagę przy tworzeniu i realizowaniu prawa.

Na podstawie dotychczasowych, kilkunastoletnich doświadczeń polskiej demokracji uważamy, że najbardziej skuteczną metodą do realizacji tych zamierzeń jest stworzenie politycznej siły nacisku", ale żadna z istniejących partii nie daje nam takiej szansy.

Dopóki kobiety, które stanowią ponad 50% polskiego społeczeństwa nie zobaczą swoich reprezentantek w polityce, dopóty same nie będą widziały w niej swojego miejsca.

Partia Kobiet jest organizacją młodą, nieopierzoną; potykamy się i popełniamy błędy; jesteśmy "partią uczącą się" i bezsprzecznie brak nam doświadczeń choćby właśnie kobiecych organizacji pozarządowych, zawsze jednak, gdy rozmawiamy o dokonaniach kobiet zrzeszonych w tych organizacjach, zastanawiamy się dlaczego nie można zdyskontować tych doświadczeń i dorobku, tworząc silną politycznie reprezentację kobiet w polskim parlamencie. Psu na budę takie doświadczenia, które do niczego nie prowadzą.

W książce "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff polemizuje z jedną z opinii wypowiadanych w tak zwanych kręgach liberalnych, według której "z czasem rzecz cała sama się wyklaruje; płeć przestanie funkcjonować jako podstawa do wykluczenia z życia politycznego, bo taka jest logika demokracji".

A więc, przekładając to na język współcześnie nami rządzących – dajcie sobie spokój, kobitki. Prędzej czy później doczekacie się, a na razie wracajcie na swoje poletka, na których możecie się realizować. I cieszcie się, że wam na to pozwalamy.

"Przestańmy się łudzić – mówi ta sama autorka – że polski patriarchat znajduje się w stadium demokratycznych przeobrażeń. To jest patriarchat młody i prężny; patriarchat, którego pazury są głęboko wbite w podłogę parlamentu, a może i w glebę pod parlamentem. On przemawia z pozycji siły."
Czy mamy czas czekać aż te pazury same się stępią? I czy to w ogóle możliwe, że same się stępią?

Jeszcze niedawno, w chwili zwątpienia w sensowność "pewnych" działań, pomyślałam o Rosie Parks, czarnej kobiecie, która w 1955 roku, w akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu mężczyźnie. Po tym incydencie Martin Luter King skutecznie walczył o zniesienie przepisów rasistowskich. W tym roku o fotel prezydenta USA walczył czarnoskóry Barack Obama. I wygrał.

Po paru dniach przyszła refleksja i zawstydzenie, bo przecież jest również inny aspekt tej wygranej. Tak naprawdę losy wyborów amerykańskich rozstrzygnęły sie wcześniej, gdy wybierano między Barackiem Obamą a Hillary Clinton. Jej w żadnym wypadku nie można zarzucić tego, co zarzuca się "działaczkom" PK: braku wiedzy, doświadczenia politycznego, dokonań ani charyzmy. Obama miał szczęście, że Hillary nie jest mężczyzną, ale my mamy go chyba mniej... Szkoda.