Showing posts with label polityka. Show all posts
Showing posts with label polityka. Show all posts

Tuesday, June 30, 2009

Jupiterów światła zgasły - emocje wciąż obecne

Część druga – Kongres

... jeśli byli tacy, którzy nie wierzyli w szczerość Naszych pozytywnych uczuć związanych z KKP, nie wspominając o sensie uczestniczenia w nim - a byli, i według nich entuzjazm, jaki wykazałyśmy, dowodził naszego braku doświadczenia, znajomości „rzeczy”(?), umiejętności właściwej oceny jedynie słusznych „środowisk kobiecych” i ich „zasług i wkładu” – to mam im do powiedzenia jedno: Bujajcie się! Nie mam ochoty niczego udowadniać i nie zależy mi na protekcjonalnym poklepaniu po główce i na „dobra dziewczynka, jak będziesz posłuszna, to może kiedyś pozwolimy ci coś powiedzieć...”
Mówię od siebie, bo w odróżnieniu od tych „jedynie słusznych” pozostawiam swoim koleżankom partyjnym prawo do ich własnej wypowiedzi, odmiennego zdania, bo wiem, że się różnimy - jak czasami bardzo się różnimy! Co więcej, właśnie to, że mimo różnic działamy razem, uznaję za naszą siłę - to właśnie pozwala mi wierzyć, że przynależność do PK ma sens, a jej raczkowanie w polityce ma szanse przekształcić się w spionizowany chód, nawet jeśli po drodze zaliczymy bolesne upadki, ukruszone zęby mleczne i guzy na głowie.
Na KKP jechałyśmy jak na własne wesele! Po normalnym dniu pracy w pracy i w domu, po nieprzespanej nocy w autobusie nie czułyśmy zmęczenia tylko podniecenie, no i... lekki niepokój... czy się uda, czy Sala Kongresowa będzie pełna, czy będą media. Że niby nie nasza „impreza”? Jak to nie nasza?
Bardzo chciałyśmy, aby IM się udało, tym „trzem Paniom” (trzy Panie: Jolanta Kwaśniewska, Magdalena Środa, Henryka Bochniarz), których Kongres był ponoć „prywatną inicjatywą” i jak można domniemywać, czytając między wierszami niektórych pokongresowych wypowiedzi, miał im jedynie przynieść korzyści i splendor (niezasłużony).
Wprawdzie „trzy Panie” niekoniecznie przepadają za Partią Kobiet - nie są w tym specjalnie oryginalne ;) - ale i tak szczerze życzyłyśmy im powodzenia.
KKP był niezwykle bogaty w wydarzenia i panele, które odbywały sie w tym samym czasie - równoległe. Nie uczestniczyłam we wszystkim, czego żałuję, ale było to niemożliwe. Stanowiłam najmniejszą część tego wydarzenia, jednostkę kobiecą, która sama niewiele znaczy i niewiele może, ale Tam poczułam się niezbędnym elementem ważnej Całości, choć byłam jedynie słuchaczem.
Po kolei...
Pierwsze wrażenie i radość – mnóstwo kobiet! Sala Kongresowa prawie pełna, na każdym kroku wolontariuszki gotowe pomóc w każdej sprawie.
Drugie wrażenie i uznanie – skromna scenografia; z umiarem, prostą elegancją, bez niepotrzebnych ozdobników, znak Kongresu, kanapy, telebimy.
I pierwsze wzruszenie, które mnie... zaskoczyło. W szumie i rozgardiaszu zapełniającej się sali, gdzieś między sceną a pierwszym rzędem, pojawiła się niepozorna postać Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej. Zanim zajęła swoje miejsce, sala powitała ją spontanicznymi gorącymi brawami. W tym momencie zrozumiałam, że mam szczęście - znalazłam się w doborowym towarzystwie mądrych bab. Po filmie „Kobiety w dwudziestoleciu” powitałyśmy Panią Prezydentową raz jeszcze – równie gorąco, gdy została zaproszona na scenę. Powiedziała parę zdań głosem drżącym z przejęcia i ze wzruszenia. Zrozumiałyśmy się doskonale. Nie musiała niczego tłumaczyć, ani się tłumaczyć, choć sama raczej nie ma z czego. Ma odwagę, kobieta; ta odwaga i charakter wzbudza szacunek. Niektóre koleżanki, jak to baby, ocierały łezki. Naprawdę – świat byłby lepszy... Będzie!
Wykład Pani Prof. Marii Janion „Solidarność – wielki zbiorowy obowiązek kobiet” wbił mnie w fotel. Już pierwsze słowa:
„Przez całe lata uznawałam wyrazisty podział na rzeczy poważne i niepoważne: w obliczu zniewolenia poważne są dążenia niepodległościowe, niepoważna zaś walka o prawa kobiet. Prześladowania polityczne dotyczą działaczy niepodległościowych, natomiast represje i przemoc wobec kobiet mają być ich sprawą prywatną.
Wierzyłam, że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji kobiet. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że w wolnej Polsce kobieta miała być „istotą rodzinną”, która zamiast polityką powinna zajmować się domem. Trochę zatem czasu upłynęło zanim pojęłam, że demokracja w Polsce jest rodzaju męskiego...”

Nam wszystkim zajęło to sporo czasu. W obliczu każdego „przewrotu dziejowego”, każdego kryzysu, czy to w Państwie, czy w rodzinie, każdego niedostatku, kłopotu... zajmujemy „przypisane nam miejsce”, wycofujemy się o krok, kolejny raz rezygnujemy, chowamy się do swojej skorupy, do której mało kto chce zajrzeć i którą łatwo rozgnieść. W Partii Kobiet odczułyśmy to bardzo boleśnie, kiedy po „boomie” pierwszych miesięcy wiele z naszych koleżanek „zostało przywołanych do porządku” przez swoich partnerów lub otoczenie, albo same przywołały się do porządku, z różnych oczywiście powodów. Kiedy przez całe życie jest się „pielęgniarką”, „matką Polką”; niesie się pomoc tu i teraz, reaguje się natychmiast, trudno przestawić się na budowanie strategii wieloletnich, może i słusznych, ale bardzo trudnych w realizacji i niepewnych. W tym zagubieniu i opresji mimo wszystko łatwiej zawalczyć o swój partykularny interes, łatwiej nawet poświęcić się i mieć święty spokój, niż „zbawiać świat”.
I właściwie nie ma w tym nic złego, niechby tylko - zazwyczaj z nieuświadomionego wstydu - nie szkodziło się tym, którzy chcą zbawiać.
Tak, solidarność jest wielkim zbiorowym obowiązkiem kobiet, ale większość kobiet nie postrzega jej jako swój obowiązek. Co musiałoby się stać, jaka spektakularna potworność musiałaby dotknąć Polki, by zrozumiały, że kobieca solidarność nie jest paktem z diabłem?
W dyskusjach okołokongresowych, tych babskich, jak mantra powraca zarzut, że służyć on miał „lansowaniu się Kwaśniewskiej”... O co wam chodzi, drogie panie? Rozumiem, gdyby zarzut ten postawić no... na przykład mnie (pod warunkiem, że zorganizowałabym taki Kongres) – to miałoby sens. Lansuję się, bo mnie nie ma, bo chcę zaistnieć, kandydować na Prezydentkę, ubić konkretny interes, ale Kwaśniewska? Po ki diabeł jej się lansować? To kompletnie nielogiczne!
Wbrew obawom i oczekiwaniom niektórych „życzliwych”, prowadzony przez Jolantę Kwaśniewską panel, dotyczący przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, ujawnił jej głęboką wiedzę na ten temat, zrozumienie i bardzo solidne przygotowanie, co jest równoznaczne z szacunkiem dla wszystkich przybyłych.
Aż jakoś głupio tłumaczyć, że nie trzeba być zgwałconą i pobitą, aby rozumieć jakie to zło i chcieć temu przeciwdziałać, chociaż rzecz jasna doświadczenie zła czyni nas czasami – ale nie zawsze! - wrażliwszymi. Przypomina mi się w tej chwili mowa obrończa z filmu „Czas zabijania”, skierowana do ławy przysięgłych: „A teraz wyobraźcie sobie, że ta dziewczynka jest biała”...
Wielokrotnie, zależnie od interlokutora, przetwarzałam to zdanie na: „A teraz wyobraź sobie, że to jesteś Ty” albo w kontekście dyskryminacji kobiet: „A teraz wyobraź sobie, że jesteś... mężczyzną”.
Pomyślałam o tym również, gdy przed Panelem Plenarnym „Kobiety dla Polski: 20 lat transformacji – aktywność publiczna, społeczna i zawodowa kobiet” na scenę weszła Janina Ochojska. Zrobiło mi się potwornie głupio, i smutno, i jakoś niekomfortowo... wobec jej kalectwa. Skąd bierze się TAKA siła w tak słabym ciele? I skromność.
Różne są wcielenia dobra. Janina Ochojska jest jednym z nich. To właśnie Ją głównie zapamiętałam z tego panelu.
Ale była też Barbara Labuda, "moja" Pani Profesor, na której zajęciach po raz pierwszy usłyszałam o feminizmie, o nierówności, o wszelkiego rodzaju wykluczeniach, choć wtedy nie tak to nazywałyśmy i w ogóle uważałyśmy, że nas to nie dotyczy. Chciała nam otworzyć umysły, uczyła "niezależnego" myślenia, udowadniała sobą samą, swoim życiem i pracą, że jesteśmy "coś" warte i niekoniecznie przeznaczone do ról nam przypisanych przez kulturę, historię i... wówczas ustrój. Ale też, że wszyscy ponosimy konsekwencje dokonywanych wyborów... i że nie ma sprzeczności w miłości i niezależności... i że największym dowodem miłości jest pozostawienie wolności kochanej osobie... Banały? Ale nie w realu. Wiele jej zawdzięczam.
Natomiast Pani Jaruga-Nowacka, po bardzo dobrym wystąpieniu o tym, czego zrobić się nie udało, oczywiście polityczkom (czyli właściwie niczego), zacytowała "naczelną" feministkę polską!!!
"Demokracja kończy się tam, gdzie zaczyna się sprzeciw episkopatu". W panelu kończącym KKP myśl tę rozwinęła sama Naczelna.

Jupiterów światła zgasły - po Kongresie Kobiet Polskich



Uczestniczki subiektywne reminiscencje z Kongresu Kobiet Polskich.
Część pierwsza.

Na wieść o mającym się odbyć KKP, w skromnych szeregach wrocławskiej Partii Kobiet zabulgotało z podniecenia. Zrazu pojawiła się sama idea i cele przyświecające Kongresowi, bez szczegółów, bez nazwisk, ale już to postawiło nas na baczność; potem poznałyśmy i nazwiska. Dobrze – nazwiska nośne, rozpoznawalne, niektóre szczególnie zasłużone dla spraw kobiet, tego chcą media, jest szansa na nagłośnienie paru ważnych spraw – uznałyśmy zgodnie, i nawet przez myśl nam nie przemknęło, o naiwności kobieca!, że ktokolwiek mógłby zakwestionować „dobro”, jakie z tego Kongresu wyniknąć może, choć żadna siła, niechby i najwyższa, nie jest w stanie niczego i nigdy nam zagwarantować.
Nadzieja, logika i rozsądek podpowiadały, że dla tego niezagwarantowanego dobra, jeśli jest choćby iskierka szansy, że się ziści, warto strząsnąć z siebie ordery, te przypięte i te być może niesłusznie nieprzypięte, mimo zasług i oczekiwań. I należy je zrzucić, bo jedynie podejście do tego wydarzenia z „czystym sercem” stworzy atmosferę do szczerych rozmów i walki na argumenty.
Tymczasem, ku naszemu naiwnemu zdziwieniu, już w okresie przygotowawczym wiele „środowisk kobiecych” nie podzieliło naszego entuzjazmu. Zawrzały z oburzenia; poczuły się pominięte, wykluczone, niezaproszone do organizacji... Z doświadczenia wiem, że im więcej decydentów przy organizacji czegokolwiek, tym większa szansa na klapę, ale tam - zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej. Zresztą, podskórnie jakoś czuję, że nie o robotę przy organizacji tu chodziło, a raczej o zasiadanie na kanapach w świetle jupiterów.
Z blogu Sylwii Chutnik dowiedziałam się, że „organizatorkom zarzucano między innymi elitaryzm, lansowanie wizji kobiety biznesu w garsonce, a zapominanie o kobiecie w fartuchu z supermarketu”. Mam pytanie – po kiego grzyba lansować kobietę w fartuchu, skoro ona chciałaby być kobietą biznesu w garsonce? Komunę z robotnicami na plakatach, na szczęście, mamy już za sobą. Ponadto brak „lansu” nierównoznaczny jest z zapomnieniem; w zasadzie cały kongres poświęcony był „kobietom w fartuchach”, czy mają je na biodrach, na oczach czy też w głowach, w dodatku siłą narzucone, związane, zaciśnięte.
Uważałam przed, uważam po Kongresie – jeśli chciałyśmy być obecne, dostałyśmy taką szansę; jeśli chciałyśmy zabrać głos, miałyśmy wiele okazji.
Panie „wykluczone” - mogłyście zaistnieć w swej „masie”, skrzyknąć się, zorganizować, przyjechać w sile tysiąca głów, założyć czapeczki z napisem „wykluczone”, koszulki swoich organizacji, opanować wszystkie panele, zażarcie dyskutować i zaznaczyć swoją obecność; macie za sobą całe lata działalności prokobiecej, wiedzę na każdy babski temat, pewność swych racji, nieobce wam wystąpienia publiczne... Gdzie byłyście? Czekały na was żądne sensacji kamery...
Podziwiam Ankę Zet za jej odwagę i determinację. Po raz kolejny zwróciła uwagę na to, co dla niej najważniejsze. Bardzo bym chciała, by w przyszłym roku była prowadzącą jeden z paneli „tematycznych”, by mogła nareszcie ściągnąć hełm. I niech to zrobi po swojemu. Ja z całą pewnością polecę na to spotkanie.

Sunday, April 5, 2009

DYFUZORY

No i co? Czy nie stoi na głowie? Tak jest - świat stoi na głowie, a stworzeniu, które nazywają człowiekiem, powywracało się w tejże i panuje tam kompletny bałagan. Taka oto przemknęła mi myśl, jakże odkrywcza!, podczas przelotnego podglądania ostatnich wyczynów naszego mistrza F1- Kubicy, również dość przelotnych, a to a propos czegoś, czego najpierw nijak nie byłam w stanie zlokalizować, a następnie, dowiedziawszy się, że chodzi o rozszerzające się kanały regulujące przepływ powietrza wydostającego się spod samochodu i że "dopracowanie" tego czegoś kosztuje 20 MILIONÓW EURO, popadłam we frustrację egzystencjalną... ??? Nasz biedny Rząd, oj - jaki biedny, walczył ostatnio o uszczknięcie Partiom jakichś marnych milionów złotych polskich, coby się wykazać, coby "zaoszczędzić", coby Obywatelom żyło się lepiej... a tu proszę!
"Normalnie powietrze wciskające się pod pędzący samochód jest "szybsze" niż powietrze otaczające bolid. Dyfuzor wyrównuje te prędkości i zapobiega turbulencjom. Samochód dzięki temu może jechać szybciej i płynniej."
Strasznie by się taki dyfuzor przydał PK! Tylko skąd weźmiemy te marne 20 mln Euro?

Sunday, March 22, 2009

... a przecieki?!... a przecieki?!...

... wykrzyknął niegdyś, zawieszając teatralnie głos, jeden z moich od tego momentu ulubionych aktorów sceny sejmowej, Tadek Cymański. Jego opcji politycznej nie trawię, ale łaskawie... rozgrzeszam własny podziw dla zdolności aktorskich pana posła, tym bardziej że niemal każdy jego występ wywołuje uśmiech, i przyznaję skruszona, że wprost przepadam za jego zawieszeniami głosu, znakami zapytania, rzucanymi w tłum posłów spójniko-granatami... Ciśnięte przez Tadka "i" może wybić oko!
Ale tam, nie o kunszt aktorski tym razem chodzi, ale o - i tu niespodzianka! - wagę jego słów! Tak, tak, bowiem przecieki są kwintesencją funkcjonowania współczesnej demokracji, modus vivendi dołów społecznych z wierchuszką, solą ziemi - tej ziemi, sensem i motorem działania całych rzesz, których doprawdy znikomy odsetek stanowi brać dziennikarska z przecieków żyjąca. Przecieki są i będą! Niestraszne im zakazy, paragrafy, druty kolczaste, zaryglowane drzwi i szepty, niestraszny im nawet strach.
Publicysta, Wiesław Gałązka, jako jeden z wielu odniósł się do sprawy Pawlaka i Misiaka i to raczej przypadek, że właśnie jego tu cytuję, bowiem artykuł ten jest dla mnie tylko odskocznią, inspiracją...
Budzące wątpliwości moralne postępowania tych dwóch panów, na których - umówmy się - akurat "padło", tak naprawdę obchodzą mnie w zupełnie innym kontekście, w kontekście zarazy nieuczciwości, kunktatorstwa i nepotyzmu, która opanowała większość gremiów decyzyjnych, wszelkiej maści, na wszystkich poziomach władzy, a jej trujące skutki odczuwają najszersze grupy społeczeństwa, głównie tego pracującego za okolice najniższej krajowej. Właściwie miałabym ochotę powiedzieć "dobrze wam tak"; nie potraficie się przeciwstawić, bo nie potraficie być solidarni, "różnić się pięknie", z poszanowaniem odmienności myślenia innych, i nie tylko myślenia... Dlaczego nie wykorzystujecie narzędzi, które dała wam demokracja?
"Wielu miało i ma to przekonanie, że sprawy świata tak są kierowane przez los i Boga, iż ludzie swym rozumem nie mogą ich naprawić i są wobec nich bezradni; przeto mogliby sądzić, że nie warto zbytnio się trudzić tymi sprawami, lecz spuścić się na los." (H. Sienkiewicz cytowany przez W.G.)
No i tu, kołem, wracamy do zjawiska "przecieków", które w momencie ujawnienia zaczynają żyć swoim życiem, niczym plotka, której nie da się zatrzymać. Kto jest źródłem przecieku? Jakie to ma znaczenie...
Z wysokich poziomów polityki spadamy do poziomu
mojego nieodżałowanego WUWr, Wydawnictwa Utraconej Wrażliwości;), rybiego ogona, na którym dociekliwy dziennikarz mógłby zrobić karierę.
Plotka niesie, niewątpliwie przeciek, iż
pracowników WUWr od pewnego czasu obowiązuje "instrukcja obsługi autora". Niniejsza instrukcja nie została wydana w formie papierowej, na piśmie, zapewne dlatego, by nie można jej było przemycić poza mury, nie zmienia to jednak faktu, iż ponoć obowiązuje. Przeciek nie jest zbyt precyzyjny, nie określa bowiem, w jaki sposób zobowiązano pracowników do wykonywania "instrukcji" i do milczenia, a szkoda... Zanim postaram się możliwie wiernie przytoczyć sens instrukcji, pragnę wyjaśnić, że AUTOR, będący jej bohaterem, jest dla tego typu wydawnictwa czymś w rodzaju Pana Boga (można nie wierzyć, ale co szkodzi się pomodlić); wraz z tekstem utworu "przynosi" bowiem do tegoż walizkę z pieniędzmi, które pokrywają koszty opracowania, wydania itd.; stanowią o "być" albo "nie być" wydawnictwa. Należy uściślić, że walizka nie jest własnością samego twórcy; musiał się nieźle nagłowić, naprosić i nachodzić, by to cudo zostało mu przekazane niczym pałeczka w sztafecie, no i mocno trzymać, by mu jej z dłoni ktoś nie wyszarpnął. Właściwie to ta walizka jest w WUWr najistotniejsza, sam twórca mniej, ale to jego odcinek sztafety, jest cenny i jemu należne są oklaski i doping. Stąd zapewne idea "instrukcji obsługi".
Przeciek przedstawia ją tak oto: kiedy do pokoju redakcyjnego wchodzi autor, redaktor prowadzący musi bezwzględnie wstać od biurka, dostatecznie szybko, by dopaść wchodzącego możliwie najbliżej drzwi i uścisnąć autorską prawicę z delikatnym uśmiechem na ustach. Przeciek nie precyzuje, czy wymagane jest złożenie pocałunku na dłoni twórcy, precyzuje natomiast zachowanie pozostałych pracowników, siedzących w tym samym pomieszczeniu. Otóż oni, zazwyczaj one, powinni pozostać przy swoich biurkach, obowiązkowo podnieść wzrok i patrząc w oczy twórcy, przywitać go chóralnym "dzień dobry".
Nie wiem, czy instrukcja obsługi autora uściśla dalsze zabiegi wokół jego osoby, mogę jedynie przypuszczać, że tak; wydający ją ma przecież świadomość, iż grono pracownicze, w które chcąc nie chcąc musi wpuścić Twórcę, nie odznacza się zbytnim wyczuciem i kulturą osobistą, nie wspominając o dobrych manierach; w ogóle musi być niezwykle ostrożny z tym podejrzanym towarzystwem, którym przyszło mu dowodzić; jest jednak czujny; nawet klamek dotyka jedynie przez naciągnięty rękaw swetra, aby się czymś broń Boże nie zarazić. Ale o tym szaa - to tylko plotka...
Ponoć instrukcja wywołała poruszenie. ??? Niesłusznie! Należy wyzbyć się niepokoju, uwierzyć Sienkiewiczowi, bo ma chłop rację: "
sprawy świata tak są kierowane przez los i Boga, iż ludzie swym rozumem nie mogą ich naprawić i są wobec nich bezradni", a... demokracja, wolność jednostki, godność i sprawiedliwość - dyrdymały!
Jakiś tam Misiak i Pawlak powinni sięgnąć czasami na niższe poziomy; tam to się dopiero wyrabia! Mogliby się wiele nauczyć i uniknąć głupich wpadek, bo choć cała ryba już śmierdzi, ogon wciąż mądrzejszy od głowy. Głowę za chwilę odetną, a ogon...


Saturday, January 3, 2009

Protest przeciwko ustawie bioetycznej

... ciągła irytacja daje Fitce kopa do działania,
tyłek od tego trochę boli,
ale co tam...
Fitka woli siny tyłek...
woli od inkwizycji.

Przeczytajcie, pomyślcie o przyszłości i PODPISZCIE!
i jeszcze roześlijcie do swoich znajomych!

Poniższą petycję można podpisać TUTAJ:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=3700

Do:
Premier RP
Donald Tusk
Al.Ujazdowskie 1/3, 00-583 W-wa;
Sejm RP, Wiejska 4/6/8, 00-902
W-wa

PROTEST SPOŁECZNY
Przeciwko „Ustawie o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw” (z dnia 10.XII 2008 r) wypracowanej przez Zespół ds. Konwencji Bioetycznej, powołany na mocy Zarządzenia nr 38 Prezesa Rady Ministrów z dnia 7 kwietnia 2008 pod przewodnictwem Posła Jarosława Gowina

Szanowni Ustawodawcy!
Panie Premierze!
Państwo Posłanki i Posłowie Sejmu RP!

W imię solidaryzmu społecznego zgłaszamy swój protest przeciwko projektowi Ustawy, która zagraża wolnościom i prawom obywatelskim oraz prawom człowieka. Projekt Ustawy nie jest zgodny ani z międzynarodowymi standardami ochrony praw człowieka, w tym z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, konwencjami ONZ i Rady Europy, ale także z Konstytucją RP. Z konstytucyjnego punktu widzenia narusza zasadę neutralności światopoglądowej państwa, niedyskryminacji i równego traktowania (ze względu na płeć, wiek, stan cywilny, stan zdrowia, etc.), jak również zasadę równego dostępu do opieki zdrowotnej.
Z medycznego punktu widzenia nie zapewnia dostępu do najlepszych procedur medycznych. Ustawa dyskryminuje kobiety odbierając im prawa do decydowania o swojej płodności, wprowadza kuriozalną z prawnego i naukowego punktu widzenia zasadę przedkładania interesu komórki jajowej i zarodka nad prawa dorosłych ludzi pragnących leczyć niepłodność. Niektóre jej ograniczenia podobne są do stosowanej w przeszłości i uznawanej za zbrodniczą legislacji eugenicznej.
Projekt ustawy wzbudza sprzeciw tak ze względu na treść jak i na proces jej powstawania. Pozorne konsultacje społeczne, brak debaty publicznej nad propozycjami specjalistów i grup interesów zaangażowanych w tworzenie rozwiązań bioetycznych (pacjentów, lekarzy i prawników), to tylko niektóre błędy proceduralne popełnione podczas prac nad projektem Ustawy naruszające zasadę partycypacji społecznej, jawności życia publicznego i procesów demokratycznych.
Niepłodność to nie problem wyłącznie osób dotkniętych niepłodnością, to poważny problem społeczny, z którym przyszło nam się zmierzyć w XXI wieku. Stworzenie dobrego prawa jest obowiązkiem władz państwowych. Ustawa bioetyczna ma dotyczyć wszystkich ludzi o różnych światopoglądach i nie zgadzamy się na to, by preferowanie jednego tylko światopoglądu nam te prawa odebrało. Tymczasem zapisy w projekcie Ustawy są dyskryminujące i odzwierciedlają poglądy tylko części społeczeństwa utożsamiającego się ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego. Sposób, w jaki hierarchia Kościoła Katolickiego ingeruje w tworzenie prawa jest wysoce niepokojący. Żadna religia nie może rościć sobie prawa do wpływania na władze publiczne. Projekt Ustawy jawnie łamie artykuł 25 Konstytucji RP, który głosi, iż władze publiczne w naszym kraju zachowują bezstronność w sprawach religijnych światopoglądowych i filozoficznych.
Są w proponowanej Ustawie zapisy nie do przyjęcia, zapisy, które pozbawiają wolnych ludzi ich praw: przymusowe odbieranie zarodków, wyłączenia ze względu na wiek i choroby (nie tylko genetyczne, bo ustawa nie określa rodzaju choroby), zakaz dawstwa gamet, ograniczenie ilości tworzenia zarodków, co w praktyce oznacza narażenie kobiety na kolejne mocno obciążające organizm terapie hormonalne. Mocno dyskryminujące i piętnujące osoby dotknięte niepłodnością są też zapisy dotyczące dokumentacji medycznej i osobowej. Prawo do procedury medycznie wspomaganej prokreacji wyłącznie dla par małżeńskich może w praktyce oznaczać, że osoby nie będące w związkach, zarówno kobiety jak i mężczyźni nie będą mieli prawa do leczenia.
Ponadto Ustawa tylnymi drzwiami chce wprowadzić faktyczny całkowity zakaz przerywania ciąży, a więc także wówczas, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu oraz gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (czyli np. gwałtu lub czynu kazirodczego).
Jako społeczeństwo chcemy, by zagadnienia bioetyczne zostały uregulowane zgodnie z najlepszymi standardami etycznymi, medycznymi i naukowymi. Niepłodność jest chorobą i jej leczenie jest prawem każdego człowieka, niezależnie od jego światopoglądu, stanu cywilnego i sytuacji materialnej. Zapisy znajdujące się we wspomnianym projekcie uniemożliwiają leczenie skuteczne, bezpieczne i na wysokim poziomie.

Szanowni Państwo, proponowana wersja ustawy jest niebezpieczna, również dlatego, że zawiera poważne błędy merytoryczne, a wiele z proponowanych rozwiązań opiera się na fałszywych przesłankach. Przekreśla wieloletnie doświadczenia i umiejętności zdobyte przez polskich lekarzy. Pamiętajmy, zbyt szybko wypowiedziane fałszywe słowa jednego człowieka na całe lata zahamowały transplantologię w Polsce, a zła ustawa bioetyczna może na lata zahamować postęp nauki i medycyny w zakresie leczenia niepłodności i pozbawić wiele bezdzietnych par szansy na naturalne rodzicielstwo.
Dzięki metodom wspomaganego rozrodu w ciągu 30 lat na całym świecie urodziło się blisko 3,5 mln dzieci, w Polsce na świat przychodzi rocznie ok. 6 tys. dzieci. Tych dzieci nie będzie, jeśli dziś nie zaprotestujemy przeciwko złemu prawu. Jako wolne, demokratyczne społeczeństwo zasługujemy na dobre prawo.

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Wanda Nowicka
Fundacja MaMA, Sylwia Chutnik, Julia Kubisa, Anna Pietruszka - Dróżdż, Patrycja Dołowy
Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, Blanka Żukowska, Barbara Szczerba,
Michał Damski
Nieformalna Grupa Łódź Gender, Iza Desperak
Partia Kobiet, Anna Kornacka
Fundacja Feminoteka, Joanna Piotrowska
Towarzystwo Rozwoju Rodziny, dr Grzegorz Południewski, prezes
Stowarzyszenie na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo NEUTRUM, Czesław Janik
Fundacja Przestrzeń Kobiet, Natalia Sarata i Ewa Furgał
Fundacja Anka Zet Studio, Anna Zawadzka
Stowarzyszenie „Ekspedycja w Głąb Kultury”, Zabrze, Ewa Stoecker
Stowarzyszenie Aktywne Kobiety, Sosnowiec, Halina Sobańska
Stowarzyszenie Kobiet KONSOLA, Poznań
Fundacja Centrum Praw Kobiet, Urszula Nowakowska
Demokratyczna Unia Kobiet, Gdańsk, Lucyna Orłowska
Fundacja Autonomia, Agata Teutsch
Demokratyczna Unia Kobiet, Anna Mackiewicz wiceprzewodnicząca Krajowej Rady DUK
Zieloni 2004, Agnieszka Grzybek, Dariusz Szwed
Fundacja Obywatelki.pl - prezes Ewa Papla
Stowarzyszenie Współpracy Kobiet, NEWW, Małgorzata Tarasiewicz
Fundacja Przestrzenie Dialogu
Grupa Inicjatyw Genderowych
Fundacja Kobieca eFKa, Slawka Walczewska

Niżej podpisana:
Wanda Nowicka
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny

Monday, November 17, 2008

90. rocznica odzyskania niepodległości...

Parę dni temu, 11 listopada, Polacy obchodzili 90. rocznicę odzyskania niepodległości. 90 lat temu ogłoszono „całkowite, polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości”. Cały naród się cieszył, choć jakaś mniej więcej połowa narodu została w tej formule pominięta. Ale – stało się! Przeoczenie zostało naprawione, dzięki czemu za parę dni, 28 listopada, przypada również 90. rocznica wydarzenia, które dla nas, kobiet, jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach polskiego ruchu kobiecego; tego dnia kobiety polskie uzyskały pełnię praw wyborczych.

Od tego momentu Polki zaczęły korzystać z czynnego prawa wyborczego, pomimo jednak na ogół wysokiej frekwencji wyborczej, przez następne lata ich aktywność w życiu politycznym była raczej mizerna i mało znacząca.

Na łamach kobiecego czasopisma „Bluszcz” (reaktywowanego niedawno) komentowano ten problem następująco: „w sprawach polityki nie istnieje solidarność kobieca. W charakterze członków ciała ustawodawczego Polki nie potrafią zaznaczyć właściwie kobiecego stanowiska”, a także „O ile kobiety nie korzystają z czynnego i biernego prawa wyborczego, a więc z praw politycznych, o tyle nie będą mogły przeprowadzić swych postulatów społecznych”.

Oczywiście, z czasem kobitki uaktywniły się, przestały być apolityczne, ale też nie czarujmy się – zdecydowanej większości polityka kompletnie nie interesowała, ponieważ zdecydowana większość uważała, że polityka to rzecz męska. Ale... te, które się uaktywniły zaczęły tworzyć własne struktury o różnym stopniu masowości i różnorodnych zadaniach (w 1930 r. stworzyły nawet własny, samodzielny Komitet Wyborczy Organizacji Kobiecych z około dwudziestoma kandydaturami kobiecymi do Sejmu i Senatu). Rzecz jasna, tylko nieliczne uzyskiwały stanowiska polityczne, pełniły jednak głównie role służebne wobec swoich kolegów; podczas gdy leaderzy partii pięknie przemawiali, one biegały z ulotkami, redagowały teksty, drukowały i w ogóle wykonywały, z właściwym sobie wdziękiem najtrudniejsze, najmniej wdzięczne roboty.

Czy wiele się od tamtego czasu zmieniło? I tak i nie.

Przez te 90 lat Świat wielokrotnie już przewracał się do góry nogami; nastąpiły nieprawdopodobne, dziejowe przemiany polityczne w naszym kraju, w Europie i na Świecie, dokonał się oszałamiający postęp we wszystkich dziedzinach życia, również naszego życia – kobiet; wyszydzanym i ośmieszanym feministkom zawdzięczamy to, że współcześnie wszystkie mamy poczucie oczywistości praw kobiet i to właśnie odróżnia dzisiejszy feminizm od wcześniejszych jego etapów; w sferze prywatnej od dawna nie wystarcza nam prowadzenie domu, rodzenie i wychowywanie dzieci, i pielęgnowanie rodzinnych tradycji... a osławiona poprawność polityczna nie pozwala już politykom, przynajmniej oficjalnie, dziwić się naszym aspiracjom.

Podobno (statystyka) jesteśmy nieźle wykształcone, pracowite i systematyczne, i wciąż skłonne do poświęceń; podobno nasze zdolności i potrzeby empatyczne przewyższają te naszych męskich partnerów. Podobno... Dlaczego więc w polskiej polityce kobiety nie są traktowane poważnie i zdają się być jedynie elementem dekoracyjnym?

Polityk-mężczyzna może być chamem, niedouczonym karierowiczem, kłamcą, a nawet przestępcą, może mówić nie na temat i może bezczelnie udawać, że nie rozumie pytań drugiej strony; w zasadzie nie ponosi żadnej odpowiedzialności za słowo, wobec nikogo, a najmniej wobec społeczeństwa.

Kobieta-polityk niejako z założenia nie jest traktowana serio; jeśli zdarzy jej się jakaś niekonsekwencja lub nie daj Boże palnie jakąś głupotę, to już zawsze ciąży na niej piętno idiotki. Co gorsza, nawet i ta, której się to nigdy nie przydarzyło, musi wciąż udowadniać, że idiotką nie jest.

Badania socjologów, porównujące sytuację polityczną kobiet w kilkudziesięciu krajach, wykazują, iż jest ona najgorsza w krajach postkomunistycznych, przy czym Polska stanowi pośród nich prawdziwy fenomen. Otóż na pytanie: "Czy widzi pan/pani kobietę jako przywódcę?" połowa Polaków odpowiada twierdząco, ale – co ciekawe – zdecydowana większość kobiet w naszym kraju jest przeciwko.

Z drugiej strony, gdy przyjrzymy się polskim organizacjom pozarządowym, okazuje się, iż większość z nich prowadzą kobiety; działaczki tych organizacji dowodzą swoją skutecznością, że potrafią się jednoczyć wokół konkretnych celów i odnosić sukcesy.

Ponadto, Polska jest europejskim liderem, jeśli chodzi o udział w rynku kobiet-przedsiębiorców; aż 44% firm należy do kobiet. Według tzw. męskiego rozsądku wiele z tych firm nie powinno było nigdy powstać, nie wspominając o dobrym funkcjonowaniu. To dowód, że postrzegając świat na swój "kobiecy sposób", potrafimy w nim sensownie funkcjonować i odnosić sukcesy.

Dlaczego więc w sferze publicznej jesteśmy odsuwane na margines? Dlaczego polska demokracja dotyczy nas jakby mniej niż naszych kolegów? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa; na naszą "kondycję" kobiecą składa się wiele elementów, jeden z nich jednak przywoływany jest nader często...

Ponoć żywimy wobec siebie tzw. solidarność negatywną, co same dostrzegamy, ale nie zmienia to sytuacji, że nasza solidarność jest płytka i ma znaczenie jedynie w małych grupach. Możemy się zżymać, ale przecież niejednokrotnie tego doświadczałyśmy.

Na własnym blogu mogę sobie pozwolić na szczerość, więc dodam jeszcze jeden element: niestety, olbrzymi odsetek rodzaju żeńskiego odznacza się bezdenną głupotą. Przykro to przyznać i wcale nie oznacza, że rodzaj męski nie jest dotknięty tą chorobą, tyle że... no cóż... o wiele byłoby łatwiej, gdyby w proporcjach rozumu szala przechyliła się nieco na naszą stronę; łatwiej, bo mamy więcej do nadgonienia.

Co rozumiem przez głupotę (to wcale nie takie oczywiste) – napiszę kiedyś, teraz wracam do adremu!

Opinie zamieszczone w Bluszczu kilkadziesiąt lat temu niewiele się różnią od tych dzisiejszych. Naszą znikomą skuteczność polityczną tłumaczy się przede wszystkim brakiem doświadczenia politycznego (bo niby skąd mamy je mieć?) i brakiem kobiecej solidarności.

Zastanawiałam się długo, czy jest ona możliwa... uważam, że nie, w każdym razie jeszcze długo nie, cholera – chyba w ogóle... Z całą pewnością jednak nie jest możliwa, wbrew dyrdymałom opowiadanym przez niezwykle inteligentnych publicystów, tzw. "solidarność jajników". To określenie fajnie brzmi i w ogóle jest takie celne, ale jak się chwilkę zastanowić - pod warunkiem, że ma się taki zwyczaj - to tego typu solidarność jest najmniej możliwa, nie wspominając o tym, że nie jest potrzebna.

Możliwa jest natomiast solidarność, która skupi nas wokół wspólnego celu.

I znowu do adremu...

Kobiece organizacje pozarządowe od lat walczą o sprawy, które i nam, członkiniom Partii Kobiet, są najbliższe. Jeśli przyjrzeć się wyznaczonym przez te organizacje celom i określonym misjom, wszystkie w trochę odmiennych wariantach zawierają te same treści, które brzmią jak jakaś mantra:

działanie na rzecz równego statusu kobiet i mężczyzn w życiu publicznym i w rodzinie; integracja kobiet, zapobieganie dyskryminacji ze względu na płeć, upowszechnianie i ochrona praw kobiet, przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu kobiet i rodzin, wyrównywanie szans; dążenie do równości praw i szans dla wszystkich, pełnoprawne uczestnictwo z życiu społecznym, politycznym, gospodarczym i kulturalnym bez względu na płeć, wiek, pochodzenie, wykształcenie, status materialny, stan zdrowia czy orientację seksualną; działanie na rzecz likwidacji dyskryminacji ze względu na płeć w literaturze, kulturze, sztuce oraz życiu publicznym itp., itd.

Stworzyłyśmy partię, ponieważ jesteśmy przekonane, że "uczestnicząc w życiu społecznym i publicznym polskie kobiety chcą, mogą i powinny mieć także udział w rządzeniu Polską. Pragniemy, żeby głos kobiet był brany pod uwagę przy tworzeniu i realizowaniu prawa.

Na podstawie dotychczasowych, kilkunastoletnich doświadczeń polskiej demokracji uważamy, że najbardziej skuteczną metodą do realizacji tych zamierzeń jest stworzenie politycznej siły nacisku", ale żadna z istniejących partii nie daje nam takiej szansy.

Dopóki kobiety, które stanowią ponad 50% polskiego społeczeństwa nie zobaczą swoich reprezentantek w polityce, dopóty same nie będą widziały w niej swojego miejsca.

Partia Kobiet jest organizacją młodą, nieopierzoną; potykamy się i popełniamy błędy; jesteśmy "partią uczącą się" i bezsprzecznie brak nam doświadczeń choćby właśnie kobiecych organizacji pozarządowych, zawsze jednak, gdy rozmawiamy o dokonaniach kobiet zrzeszonych w tych organizacjach, zastanawiamy się dlaczego nie można zdyskontować tych doświadczeń i dorobku, tworząc silną politycznie reprezentację kobiet w polskim parlamencie. Psu na budę takie doświadczenia, które do niczego nie prowadzą.

W książce "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff polemizuje z jedną z opinii wypowiadanych w tak zwanych kręgach liberalnych, według której "z czasem rzecz cała sama się wyklaruje; płeć przestanie funkcjonować jako podstawa do wykluczenia z życia politycznego, bo taka jest logika demokracji".

A więc, przekładając to na język współcześnie nami rządzących – dajcie sobie spokój, kobitki. Prędzej czy później doczekacie się, a na razie wracajcie na swoje poletka, na których możecie się realizować. I cieszcie się, że wam na to pozwalamy.

"Przestańmy się łudzić – mówi ta sama autorka – że polski patriarchat znajduje się w stadium demokratycznych przeobrażeń. To jest patriarchat młody i prężny; patriarchat, którego pazury są głęboko wbite w podłogę parlamentu, a może i w glebę pod parlamentem. On przemawia z pozycji siły."
Czy mamy czas czekać aż te pazury same się stępią? I czy to w ogóle możliwe, że same się stępią?

Jeszcze niedawno, w chwili zwątpienia w sensowność "pewnych" działań, pomyślałam o Rosie Parks, czarnej kobiecie, która w 1955 roku, w akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu mężczyźnie. Po tym incydencie Martin Luter King skutecznie walczył o zniesienie przepisów rasistowskich. W tym roku o fotel prezydenta USA walczył czarnoskóry Barack Obama. I wygrał.

Po paru dniach przyszła refleksja i zawstydzenie, bo przecież jest również inny aspekt tej wygranej. Tak naprawdę losy wyborów amerykańskich rozstrzygnęły sie wcześniej, gdy wybierano między Barackiem Obamą a Hillary Clinton. Jej w żadnym wypadku nie można zarzucić tego, co zarzuca się "działaczkom" PK: braku wiedzy, doświadczenia politycznego, dokonań ani charyzmy. Obama miał szczęście, że Hillary nie jest mężczyzną, ale my mamy go chyba mniej... Szkoda.