Część druga – Kongres
... jeśli byli tacy, którzy nie wierzyli w szczerość Naszych pozytywnych uczuć związanych z KKP, nie wspominając o sensie uczestniczenia w nim - a byli, i według nich entuzjazm, jaki wykazałyśmy, dowodził naszego braku doświadczenia, znajomości „rzeczy”(?), umiejętności właściwej oceny jedynie słusznych „środowisk kobiecych” i ich „zasług i wkładu” – to mam im do powiedzenia jedno: Bujajcie się! Nie mam ochoty niczego udowadniać i nie zależy mi na protekcjonalnym poklepaniu po główce i na „dobra dziewczynka, jak będziesz posłuszna, to może kiedyś pozwolimy ci coś powiedzieć...”
Mówię od siebie, bo w odróżnieniu od tych „jedynie słusznych” pozostawiam swoim koleżankom partyjnym prawo do ich własnej wypowiedzi, odmiennego zdania, bo wiem, że się różnimy - jak czasami bardzo się różnimy! Co więcej, właśnie to, że mimo różnic działamy razem, uznaję za naszą siłę - to właśnie pozwala mi wierzyć, że przynależność do PK ma sens, a jej raczkowanie w polityce ma szanse przekształcić się w spionizowany chód, nawet jeśli po drodze zaliczymy bolesne upadki, ukruszone zęby mleczne i guzy na głowie.
Na KKP jechałyśmy jak na własne wesele! Po normalnym dniu pracy w pracy i w domu, po nieprzespanej nocy w autobusie nie czułyśmy zmęczenia tylko podniecenie, no i... lekki niepokój... czy się uda, czy Sala Kongresowa będzie pełna, czy będą media. Że niby nie nasza „impreza”? Jak to nie nasza?
Bardzo chciałyśmy, aby IM się udało, tym „trzem Paniom” (trzy Panie: Jolanta Kwaśniewska, Magdalena Środa, Henryka Bochniarz), których Kongres był ponoć „prywatną inicjatywą” i jak można domniemywać, czytając między wierszami niektórych pokongresowych wypowiedzi, miał im jedynie przynieść korzyści i splendor (niezasłużony).
Wprawdzie „trzy Panie” niekoniecznie przepadają za Partią Kobiet - nie są w tym specjalnie oryginalne ;) - ale i tak szczerze życzyłyśmy im powodzenia.
KKP był niezwykle bogaty w wydarzenia i panele, które odbywały sie w tym samym czasie - równoległe. Nie uczestniczyłam we wszystkim, czego żałuję, ale było to niemożliwe. Stanowiłam najmniejszą część tego wydarzenia, jednostkę kobiecą, która sama niewiele znaczy i niewiele może, ale Tam poczułam się niezbędnym elementem ważnej Całości, choć byłam jedynie słuchaczem.
Po kolei...
Pierwsze wrażenie i radość – mnóstwo kobiet! Sala Kongresowa prawie pełna, na każdym kroku wolontariuszki gotowe pomóc w każdej sprawie.
Drugie wrażenie i uznanie – skromna scenografia; z umiarem, prostą elegancją, bez niepotrzebnych ozdobników, znak Kongresu, kanapy, telebimy.
I pierwsze wzruszenie, które mnie... zaskoczyło. W szumie i rozgardiaszu zapełniającej się sali, gdzieś między sceną a pierwszym rzędem, pojawiła się niepozorna postać Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej. Zanim zajęła swoje miejsce, sala powitała ją spontanicznymi gorącymi brawami. W tym momencie zrozumiałam, że mam szczęście - znalazłam się w doborowym towarzystwie mądrych bab. Po filmie „Kobiety w dwudziestoleciu” powitałyśmy Panią Prezydentową raz jeszcze – równie gorąco, gdy została zaproszona na scenę. Powiedziała parę zdań głosem drżącym z przejęcia i ze wzruszenia. Zrozumiałyśmy się doskonale. Nie musiała niczego tłumaczyć, ani się tłumaczyć, choć sama raczej nie ma z czego. Ma odwagę, kobieta; ta odwaga i charakter wzbudza szacunek. Niektóre koleżanki, jak to baby, ocierały łezki. Naprawdę – świat byłby lepszy... Będzie!
Wykład Pani Prof. Marii Janion „Solidarność – wielki zbiorowy obowiązek kobiet” wbił mnie w fotel. Już pierwsze słowa:
„Przez całe lata uznawałam wyrazisty podział na rzeczy poważne i niepoważne: w obliczu zniewolenia poważne są dążenia niepodległościowe, niepoważna zaś walka o prawa kobiet. Prześladowania polityczne dotyczą działaczy niepodległościowych, natomiast represje i przemoc wobec kobiet mają być ich sprawą prywatną.
Wierzyłam, że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji kobiet. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że w wolnej Polsce kobieta miała być „istotą rodzinną”, która zamiast polityką powinna zajmować się domem. Trochę zatem czasu upłynęło zanim pojęłam, że demokracja w Polsce jest rodzaju męskiego...”
Nam wszystkim zajęło to sporo czasu. W obliczu każdego „przewrotu dziejowego”, każdego kryzysu, czy to w Państwie, czy w rodzinie, każdego niedostatku, kłopotu... zajmujemy „przypisane nam miejsce”, wycofujemy się o krok, kolejny raz rezygnujemy, chowamy się do swojej skorupy, do której mało kto chce zajrzeć i którą łatwo rozgnieść. W Partii Kobiet odczułyśmy to bardzo boleśnie, kiedy po „boomie” pierwszych miesięcy wiele z naszych koleżanek „zostało przywołanych do porządku” przez swoich partnerów lub otoczenie, albo same przywołały się do porządku, z różnych oczywiście powodów. Kiedy przez całe życie jest się „pielęgniarką”, „matką Polką”; niesie się pomoc tu i teraz, reaguje się natychmiast, trudno przestawić się na budowanie strategii wieloletnich, może i słusznych, ale bardzo trudnych w realizacji i niepewnych. W tym zagubieniu i opresji mimo wszystko łatwiej zawalczyć o swój partykularny interes, łatwiej nawet poświęcić się i mieć święty spokój, niż „zbawiać świat”.
I właściwie nie ma w tym nic złego, niechby tylko - zazwyczaj z nieuświadomionego wstydu - nie szkodziło się tym, którzy chcą zbawiać.
Tak, solidarność jest wielkim zbiorowym obowiązkiem kobiet, ale większość kobiet nie postrzega jej jako swój obowiązek. Co musiałoby się stać, jaka spektakularna potworność musiałaby dotknąć Polki, by zrozumiały, że kobieca solidarność nie jest paktem z diabłem?
W dyskusjach okołokongresowych, tych babskich, jak mantra powraca zarzut, że służyć on miał „lansowaniu się Kwaśniewskiej”... O co wam chodzi, drogie panie? Rozumiem, gdyby zarzut ten postawić no... na przykład mnie (pod warunkiem, że zorganizowałabym taki Kongres) – to miałoby sens. Lansuję się, bo mnie nie ma, bo chcę zaistnieć, kandydować na Prezydentkę, ubić konkretny interes, ale Kwaśniewska? Po ki diabeł jej się lansować? To kompletnie nielogiczne!
Wbrew obawom i oczekiwaniom niektórych „życzliwych”, prowadzony przez Jolantę Kwaśniewską panel, dotyczący przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, ujawnił jej głęboką wiedzę na ten temat, zrozumienie i bardzo solidne przygotowanie, co jest równoznaczne z szacunkiem dla wszystkich przybyłych.
Aż jakoś głupio tłumaczyć, że nie trzeba być zgwałconą i pobitą, aby rozumieć jakie to zło i chcieć temu przeciwdziałać, chociaż rzecz jasna doświadczenie zła czyni nas czasami – ale nie zawsze! - wrażliwszymi. Przypomina mi się w tej chwili mowa obrończa z filmu „Czas zabijania”, skierowana do ławy przysięgłych: „A teraz wyobraźcie sobie, że ta dziewczynka jest biała”...
Wielokrotnie, zależnie od interlokutora, przetwarzałam to zdanie na: „A teraz wyobraź sobie, że to jesteś Ty” albo w kontekście dyskryminacji kobiet: „A teraz wyobraź sobie, że jesteś... mężczyzną”.
Pomyślałam o tym również, gdy przed Panelem Plenarnym „Kobiety dla Polski: 20 lat transformacji – aktywność publiczna, społeczna i zawodowa kobiet” na scenę weszła Janina Ochojska. Zrobiło mi się potwornie głupio, i smutno, i jakoś niekomfortowo... wobec jej kalectwa. Skąd bierze się TAKA siła w tak słabym ciele? I skromność.
Różne są wcielenia dobra. Janina Ochojska jest jednym z nich. To właśnie Ją głównie zapamiętałam z tego panelu.
Ale była też Barbara Labuda, "moja" Pani Profesor, na której zajęciach po raz pierwszy usłyszałam o feminizmie, o nierówności, o wszelkiego rodzaju wykluczeniach, choć wtedy nie tak to nazywałyśmy i w ogóle uważałyśmy, że nas to nie dotyczy. Chciała nam otworzyć umysły, uczyła "niezależnego" myślenia, udowadniała sobą samą, swoim życiem i pracą, że jesteśmy "coś" warte i niekoniecznie przeznaczone do ról nam przypisanych przez kulturę, historię i... wówczas ustrój. Ale też, że wszyscy ponosimy konsekwencje dokonywanych wyborów... i że nie ma sprzeczności w miłości i niezależności... i że największym dowodem miłości jest pozostawienie wolności kochanej osobie... Banały? Ale nie w realu. Wiele jej zawdzięczam.
Natomiast Pani Jaruga-Nowacka, po bardzo dobrym wystąpieniu o tym, czego zrobić się nie udało, oczywiście polityczkom (czyli właściwie niczego), zacytowała "naczelną" feministkę polską!!!
"Demokracja kończy się tam, gdzie zaczyna się sprzeciw episkopatu". W panelu kończącym KKP myśl tę rozwinęła sama Naczelna.
Showing posts with label kobieta. Show all posts
Showing posts with label kobieta. Show all posts
Tuesday, June 30, 2009
Jupiterów światła zgasły - po Kongresie Kobiet Polskich

Uczestniczki subiektywne reminiscencje z Kongresu Kobiet Polskich.
Część pierwsza.
Na wieść o mającym się odbyć KKP, w skromnych szeregach wrocławskiej Partii Kobiet zabulgotało z podniecenia. Zrazu pojawiła się sama idea i cele przyświecające Kongresowi, bez szczegółów, bez nazwisk, ale już to postawiło nas na baczność; potem poznałyśmy i nazwiska. Dobrze – nazwiska nośne, rozpoznawalne, niektóre szczególnie zasłużone dla spraw kobiet, tego chcą media, jest szansa na nagłośnienie paru ważnych spraw – uznałyśmy zgodnie, i nawet przez myśl nam nie przemknęło, o naiwności kobieca!, że ktokolwiek mógłby zakwestionować „dobro”, jakie z tego Kongresu wyniknąć może, choć żadna siła, niechby i najwyższa, nie jest w stanie niczego i nigdy nam zagwarantować.
Nadzieja, logika i rozsądek podpowiadały, że dla tego niezagwarantowanego dobra, jeśli jest choćby iskierka szansy, że się ziści, warto strząsnąć z siebie ordery, te przypięte i te być może niesłusznie nieprzypięte, mimo zasług i oczekiwań. I należy je zrzucić, bo jedynie podejście do tego wydarzenia z „czystym sercem” stworzy atmosferę do szczerych rozmów i walki na argumenty.
Tymczasem, ku naszemu naiwnemu zdziwieniu, już w okresie przygotowawczym wiele „środowisk kobiecych” nie podzieliło naszego entuzjazmu. Zawrzały z oburzenia; poczuły się pominięte, wykluczone, niezaproszone do organizacji... Z doświadczenia wiem, że im więcej decydentów przy organizacji czegokolwiek, tym większa szansa na klapę, ale tam - zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej. Zresztą, podskórnie jakoś czuję, że nie o robotę przy organizacji tu chodziło, a raczej o zasiadanie na kanapach w świetle jupiterów.
Z blogu Sylwii Chutnik dowiedziałam się, że „organizatorkom zarzucano między innymi elitaryzm, lansowanie wizji kobiety biznesu w garsonce, a zapominanie o kobiecie w fartuchu z supermarketu”. Mam pytanie – po kiego grzyba lansować kobietę w fartuchu, skoro ona chciałaby być kobietą biznesu w garsonce? Komunę z robotnicami na plakatach, na szczęście, mamy już za sobą. Ponadto brak „lansu” nierównoznaczny jest z zapomnieniem; w zasadzie cały kongres poświęcony był „kobietom w fartuchach”, czy mają je na biodrach, na oczach czy też w głowach, w dodatku siłą narzucone, związane, zaciśnięte.
Uważałam przed, uważam po Kongresie – jeśli chciałyśmy być obecne, dostałyśmy taką szansę; jeśli chciałyśmy zabrać głos, miałyśmy wiele okazji.
Panie „wykluczone” - mogłyście zaistnieć w swej „masie”, skrzyknąć się, zorganizować, przyjechać w sile tysiąca głów, założyć czapeczki z napisem „wykluczone”, koszulki swoich organizacji, opanować wszystkie panele, zażarcie dyskutować i zaznaczyć swoją obecność; macie za sobą całe lata działalności prokobiecej, wiedzę na każdy babski temat, pewność swych racji, nieobce wam wystąpienia publiczne... Gdzie byłyście? Czekały na was żądne sensacji kamery...
Podziwiam Ankę Zet za jej odwagę i determinację. Po raz kolejny zwróciła uwagę na to, co dla niej najważniejsze. Bardzo bym chciała, by w przyszłym roku była prowadzącą jeden z paneli „tematycznych”, by mogła nareszcie ściągnąć hełm. I niech to zrobi po swojemu. Ja z całą pewnością polecę na to spotkanie.
Wednesday, June 24, 2009
KKP - wystąpienie Agnieszki Graff
Wprawdzie ukazało się w Gazecie Wyborczej, ale strasznie chcę, by się tu znalazło. Ostatecznie parę osób tu zagląda, a nie wszystkie mają dostęp do GW.
Urealnić kobiety
Wystąpienie Agnieszki Graff
Kongres Kobiet Polskich
21 czerwca 2009
Opublikowane 22 czerwca w Gazecie Wyborczej
Mam do powiedzenia trzy rzeczy, a każda z nich jest na swój sposób kłopotliwa i trochę w poprzek naszych dotychczasowych obrad.
Pierwsza dotyczy kobiecej jedności - i dlaczego ja w tę jedność wątpię. Druga dotyczy mężczyzn: dlaczego ich tu nie ma - albo prawie nie ma - i dlaczego jednak są. Trzecia dotyczy upolitycznienia religii, czyli kwestii, o której w Polsce zbyt często się milczy.
Zanim jednak zacznę rozrabiać i bruździć, muszę wam się przyznać do wzruszenia. Wielkiego wzruszenia. Chwilami mam wrażenie, że śnię. Sala Kongresowa pełna kobiet? Wielka kobieca debata o prawach kobiet w 20-lecie demokratycznego przełomu? Niemożliwe. A jednak możliwe! Ten kongres jest spełnieniem moich marzeń, a jestem pewna, że to dopiero początek.
Jedność kobiet? Niezupełnie
Pod koniec lat 60. feministki ukuły hasło "Sisterhood is powerful" [Siostrzeństwo jest potężne], ale już po paru latach zaczęto wątpić w jego prawdziwość. Zaczęły się nieuchronne rozłamy, spory, waśnie. "Sisterhood is impossible" - kpiono.
Siostrzeństwo, jedność ponad podziałami to utopia. Piękna, ale groźna. Jeśli w nią uwierzymy, czeka nas rozczarowanie. Prędzej czy później ktoś nas oskarży o to, że uzurpujemy sobie prawo do mówienia w imieniu kobiet, o których życiu nie mamy pojęcia. Nie jesteśmy ich siostrami ani nawet kuzynkami. Kobiet, które różnią się światopoglądem, przynależnością religijną, rasową, kulturową, orientacją seksualną, priorytetami, a także - co istotne - zasobnością i dostępem do życiowych szans.
Obawiam się np., że królujący na tej sali optymizm na temat sukcesu ekonomicznego kobiet po 1989 r. to wynik naszej uprzywilejowanej pozycji społecznej.
Podam jeden przykład. Wczoraj mówiono tu często i radośnie o przedsiębiorczości Polek - prasa donosi, że 35 proc. menedżerów to kobiety. Otóż warto pamiętać, że lwia część tych firm to firmy jednoosobowe. Zatem chodzi tu w dużej mierze o pracę na własny rachunek. Kobiety wybierają tę drogę, by ominąć bariery, jakie stawia im dyskryminujący rynek pracy. Często też założenie firmy wymuszają na nich pracodawcy, a samozatrudnienie wiąże się z brakiem osłon socjalnych. Czasem jest to "sukces", ale chyba częściej - trudna konieczność.
Zamiast o kobiecej jedności ponad podziałami mówmy więc raczej o kobiecej solidarności. Debatując o transformacji, pamiętajmy o wykluczeniu, jakie dotknęło masę ludzi - ocenia się tę grupę na 30 proc. Polaków, a kobiet jest tu więcej niż mężczyzn - szczególnie wykluczone są te samodzielnie wychowujące dzieci.
Jako kobiety miewamy wspólne interesy, ale przecież nie jesteśmy jednością. Kobieta pracodawczyni nie jedzie na jednym wózku z kobietą, którą zatrudnia. Tu jest realny konflikt. Zamożna kobieta, która korzysta z prywatnej służby zdrowia, niewiele wie o sytuacji pielęgniarek żyjących z głodowych pensji. Musimy słuchać się nawzajem, nie zakładając, że usłyszymy echo własnych poglądów, nie uciszając tych, które mówią coś, co nie mieści się w horyzoncie naszych doświadczeń.
Transformacja ma wiele twarzy. Kobiety, którym się powiodło, mają zobowiązania wobec tych, które zostały zepchnięte na margines. Henryka Bochniarz wspominała wczoraj, że nie wie, na czym we współczesnej Polsce miałaby polegać lewicowość. Otóż właśnie na tym, by dostrzec nierówności - także te między kobietami. I zająć się ich niwelowaniem.
Moja druga refleksja dotyczy wielkiego nieobecnego naszego kongresu, czyli mężczyzn.
Rozumiem, dlaczego ich tu nie ma. Od 20 lat działam na rzecz równości płci i cenię sobie czysto kobiece spotkania - ich szczególną atmosferę, swobodę, uważność. Jestem zmęczona protekcjonalnym tonem, lekceważeniem i dobrymi radami, z jakimi mężczyźni wpadają na spotkania poświęcone nierówności płci. Dają do zrozumienia, że oni zrobiliby ten cały feminizm dużo lepiej. Zadają pytania w rodzaju: chyba nie chcecie nas zmusić do karmienia piersią? Na osłodę dodają, że ładnie wyglądamy. Czysto kobiecy kongres pozwolił nam nie tracić czasu na tego rodzaju dialogi. Poczułyśmy naszą siłę, kompetencję, kobiecą wspólnotę.
Pamiętajmy jednak, że do równości - jak do tanga - trzeba dwojga. Bez mężczyzn ani rusz - bez ich dobrej woli, wysiłku, świadomości, że równość im także się opłaca. Że tu chodzi o lepszy, sprawiedliwszy świat.
Dlatego postuluję: zawalczmy także o ich stronę równości. Domagajmy się - oprócz parytetów, które wzmocnią pozycję kobiet w sferze publicznej - mechanizmów, które wzmocnią rolę mężczyzn w sferze domowej. Np. prawdziwych urlopów ojcowskich z prawdziwego zdarzenia. Nie opcjonalnych czterech tygodni, które kobieta może oddać mężczyźnie ze swego urlopu macierzyńskiego, ale niezależnego, pełnowartościowego urlopu tylko dla ojca. Niech to będą dodatkowe dwa miesiące, które para traci, jeśli ojciec nie zdecyduje się zostać w domu z dzieckiem.
Ustawodawca już planuje pewne zmiany - ale zbyt ostrożnie. Od stycznia 2010 r. ojcu przysługiwać będzie tzw. urlop ojcowski w wymiarze jednego tygodnia. W 2012 r. nastąpi rewolucja - tata dostanie już dwa tygodnie. To śmiesznie mało. Zwłaszcza że ma to być urlop - uwaga! - równoczesny z macierzyńskim. Czyżbyśmy tak mało ufali mężczyznom, że boimy się zostawić ich sam na sam z własnymi dziećmi? Ustawodawca jest wobec polskich ojców nieufny. Proponuję, by kongres spróbował go ośmielić.
A na razie doceńmy tych mężczyzn, którzy zostali w domu z naszymi wspólnymi dziećmi, podczas gdy my obradujemy o równości płci. Doceńmy też manifest feministów napisany specjalnie na nasz kongres przez prof. Wiktora Osiatyńskiego, a podpisany już przez kilkudziesięciu znanych mężczyzn. Ukazał się już na łamach "Gazety Wyborczej" [20 czerwca br.], ale pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:
"Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. ( ) Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. ( ) Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom".
Dziękujemy! Doceniamy. Naprawdę doceniamy.
Na koniec kilka uwag o polityce. O trudnej, bolesnej polityczności kwestii kobiecej. Parytety są ważne i potrzebne. Jestem za, podpiszę każdą petycję. Ale dyskusja o kobietach i polityce to nie jest tylko debata o tym, ile procent nas jest w parlamencie czy rządzie. Dużo ważniejsze jest to, by rozumieć, jak nasze prawa i interesy są przez polityków rozgrywane, instrumentalizowane. Jak unieważnia się interesy kobiet. Jak, nie pytając nas o zdanie, podporządkowuje się nasze sprawy sprawie narodowej czy tzw. wyższym wartościom. Musimy znaleźć sposoby, by się tym procesom przeciwstawić.
To nie jest problem czysto polski. Tak dzieje się wszędzie tam, gdzie rośnie w siłę nacjonalizm sprzężony z fundamentalistycznymi formami religii. W wielu miejscach na świecie życie kobiet, ich prawa, ich wolność okazują się wtedy przeszkodą na jedynie słusznej drodze obranej przez wspólnotę. Kobieta staje się odrealnionym, uwznioślonym symbolem. A realne kobiety - pionkami przesuwanymi po politycznej szachownicy. Nagle okazuje się, że honor narodowej wspólnoty, "tradycja" czy "specyfika kulturowa" wymagają od kobiet poświęceń, zasłaniania twarzy, rezygnacji z podstawowych praw. Kobiety są w imię tak pojętego honoru bite, okaleczane, zabijane.
Zmagając się z tymi procesami, światowy ruch kobiecy posługuje się kategoriami praw człowieka. Hasło "prawa kobiet są prawami człowieka", które towarzyszyło IV Światowej Konferencji ONZ w sprawie Kobiet (Pekin 1995), do dziś przyświeca działaniom ruchu kobiecego na świecie - to hasło nie jest truizmem, lecz bronią polityczną. Bowiem przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z "naszymi kobietami" mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostyczki. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.
Podczas kongresu raz po raz przewijał się temat praw reprodukcyjnych. Helena Łuczywo w filmie otwierającym kongres mówiła, że jest przeciw obecnemu prawu antyaborcyjnemu. Maria Janion i Izabela Jaruga-Nowacka przypomniały, że wprowadzono je z pominięciem zasad demokracji. Olga Krzyżanowska apelowała do mężczyzn, by zostawili te sprawy nam, kobietom.
Cieszę się, że te słowa padły. Nie uciekniemy przed tym tematem. Możemy mieć rozmaite poglądy na temat aborcji - ale jest faktem niezaprzeczalnym, że obecne restrykcyjne prawo, zakaz ingerujący w najintymniejszą sferę życia, przyczynia się do wielu ludzkich dramatów. Polscy fundamentaliści mają wobec nas dalsze plany - dążą przecież do zakazu in vitro. W imię swoich przekonań politycznych i religijnych chcą milionom ludzi odebrać prawo do starania się o upragnione dziecko.
Jak mówiła wczoraj prof. Janion, polska wspólnota narodowa to w wymiarze symbolicznym męska wspólnota uświęcona przez pewien uwznioślony obraz kobiety - matki panów braci. Nie dla niej nowoczesna medycyna. Nie dla niej prawo wyboru. Ona jest świętością obdarzoną prawem do cierpienia.
Jesteśmy zakładniczkami tych wspólnotowych fantazji. Politycznych i religijnych. Istnieje w tych wizjach naród i kobieta jako symbol, narodowa świętość. Nie istniejemy natomiast my: realne kobiety, obywatelki, podmioty praw. Ten kongres odbywa się po to, by nas urealnić.
Urealnić kobiety
Wystąpienie Agnieszki Graff
Kongres Kobiet Polskich
21 czerwca 2009
Opublikowane 22 czerwca w Gazecie Wyborczej
Mam do powiedzenia trzy rzeczy, a każda z nich jest na swój sposób kłopotliwa i trochę w poprzek naszych dotychczasowych obrad.
Pierwsza dotyczy kobiecej jedności - i dlaczego ja w tę jedność wątpię. Druga dotyczy mężczyzn: dlaczego ich tu nie ma - albo prawie nie ma - i dlaczego jednak są. Trzecia dotyczy upolitycznienia religii, czyli kwestii, o której w Polsce zbyt często się milczy.
Zanim jednak zacznę rozrabiać i bruździć, muszę wam się przyznać do wzruszenia. Wielkiego wzruszenia. Chwilami mam wrażenie, że śnię. Sala Kongresowa pełna kobiet? Wielka kobieca debata o prawach kobiet w 20-lecie demokratycznego przełomu? Niemożliwe. A jednak możliwe! Ten kongres jest spełnieniem moich marzeń, a jestem pewna, że to dopiero początek.
Jedność kobiet? Niezupełnie
Pod koniec lat 60. feministki ukuły hasło "Sisterhood is powerful" [Siostrzeństwo jest potężne], ale już po paru latach zaczęto wątpić w jego prawdziwość. Zaczęły się nieuchronne rozłamy, spory, waśnie. "Sisterhood is impossible" - kpiono.
Siostrzeństwo, jedność ponad podziałami to utopia. Piękna, ale groźna. Jeśli w nią uwierzymy, czeka nas rozczarowanie. Prędzej czy później ktoś nas oskarży o to, że uzurpujemy sobie prawo do mówienia w imieniu kobiet, o których życiu nie mamy pojęcia. Nie jesteśmy ich siostrami ani nawet kuzynkami. Kobiet, które różnią się światopoglądem, przynależnością religijną, rasową, kulturową, orientacją seksualną, priorytetami, a także - co istotne - zasobnością i dostępem do życiowych szans.
Obawiam się np., że królujący na tej sali optymizm na temat sukcesu ekonomicznego kobiet po 1989 r. to wynik naszej uprzywilejowanej pozycji społecznej.
Podam jeden przykład. Wczoraj mówiono tu często i radośnie o przedsiębiorczości Polek - prasa donosi, że 35 proc. menedżerów to kobiety. Otóż warto pamiętać, że lwia część tych firm to firmy jednoosobowe. Zatem chodzi tu w dużej mierze o pracę na własny rachunek. Kobiety wybierają tę drogę, by ominąć bariery, jakie stawia im dyskryminujący rynek pracy. Często też założenie firmy wymuszają na nich pracodawcy, a samozatrudnienie wiąże się z brakiem osłon socjalnych. Czasem jest to "sukces", ale chyba częściej - trudna konieczność.
Zamiast o kobiecej jedności ponad podziałami mówmy więc raczej o kobiecej solidarności. Debatując o transformacji, pamiętajmy o wykluczeniu, jakie dotknęło masę ludzi - ocenia się tę grupę na 30 proc. Polaków, a kobiet jest tu więcej niż mężczyzn - szczególnie wykluczone są te samodzielnie wychowujące dzieci.
Jako kobiety miewamy wspólne interesy, ale przecież nie jesteśmy jednością. Kobieta pracodawczyni nie jedzie na jednym wózku z kobietą, którą zatrudnia. Tu jest realny konflikt. Zamożna kobieta, która korzysta z prywatnej służby zdrowia, niewiele wie o sytuacji pielęgniarek żyjących z głodowych pensji. Musimy słuchać się nawzajem, nie zakładając, że usłyszymy echo własnych poglądów, nie uciszając tych, które mówią coś, co nie mieści się w horyzoncie naszych doświadczeń.
Transformacja ma wiele twarzy. Kobiety, którym się powiodło, mają zobowiązania wobec tych, które zostały zepchnięte na margines. Henryka Bochniarz wspominała wczoraj, że nie wie, na czym we współczesnej Polsce miałaby polegać lewicowość. Otóż właśnie na tym, by dostrzec nierówności - także te między kobietami. I zająć się ich niwelowaniem.
Moja druga refleksja dotyczy wielkiego nieobecnego naszego kongresu, czyli mężczyzn.
Rozumiem, dlaczego ich tu nie ma. Od 20 lat działam na rzecz równości płci i cenię sobie czysto kobiece spotkania - ich szczególną atmosferę, swobodę, uważność. Jestem zmęczona protekcjonalnym tonem, lekceważeniem i dobrymi radami, z jakimi mężczyźni wpadają na spotkania poświęcone nierówności płci. Dają do zrozumienia, że oni zrobiliby ten cały feminizm dużo lepiej. Zadają pytania w rodzaju: chyba nie chcecie nas zmusić do karmienia piersią? Na osłodę dodają, że ładnie wyglądamy. Czysto kobiecy kongres pozwolił nam nie tracić czasu na tego rodzaju dialogi. Poczułyśmy naszą siłę, kompetencję, kobiecą wspólnotę.
Pamiętajmy jednak, że do równości - jak do tanga - trzeba dwojga. Bez mężczyzn ani rusz - bez ich dobrej woli, wysiłku, świadomości, że równość im także się opłaca. Że tu chodzi o lepszy, sprawiedliwszy świat.
Dlatego postuluję: zawalczmy także o ich stronę równości. Domagajmy się - oprócz parytetów, które wzmocnią pozycję kobiet w sferze publicznej - mechanizmów, które wzmocnią rolę mężczyzn w sferze domowej. Np. prawdziwych urlopów ojcowskich z prawdziwego zdarzenia. Nie opcjonalnych czterech tygodni, które kobieta może oddać mężczyźnie ze swego urlopu macierzyńskiego, ale niezależnego, pełnowartościowego urlopu tylko dla ojca. Niech to będą dodatkowe dwa miesiące, które para traci, jeśli ojciec nie zdecyduje się zostać w domu z dzieckiem.
Ustawodawca już planuje pewne zmiany - ale zbyt ostrożnie. Od stycznia 2010 r. ojcu przysługiwać będzie tzw. urlop ojcowski w wymiarze jednego tygodnia. W 2012 r. nastąpi rewolucja - tata dostanie już dwa tygodnie. To śmiesznie mało. Zwłaszcza że ma to być urlop - uwaga! - równoczesny z macierzyńskim. Czyżbyśmy tak mało ufali mężczyznom, że boimy się zostawić ich sam na sam z własnymi dziećmi? Ustawodawca jest wobec polskich ojców nieufny. Proponuję, by kongres spróbował go ośmielić.
A na razie doceńmy tych mężczyzn, którzy zostali w domu z naszymi wspólnymi dziećmi, podczas gdy my obradujemy o równości płci. Doceńmy też manifest feministów napisany specjalnie na nasz kongres przez prof. Wiktora Osiatyńskiego, a podpisany już przez kilkudziesięciu znanych mężczyzn. Ukazał się już na łamach "Gazety Wyborczej" [20 czerwca br.], ale pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:
"Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. ( ) Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. ( ) Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom".
Dziękujemy! Doceniamy. Naprawdę doceniamy.
Na koniec kilka uwag o polityce. O trudnej, bolesnej polityczności kwestii kobiecej. Parytety są ważne i potrzebne. Jestem za, podpiszę każdą petycję. Ale dyskusja o kobietach i polityce to nie jest tylko debata o tym, ile procent nas jest w parlamencie czy rządzie. Dużo ważniejsze jest to, by rozumieć, jak nasze prawa i interesy są przez polityków rozgrywane, instrumentalizowane. Jak unieważnia się interesy kobiet. Jak, nie pytając nas o zdanie, podporządkowuje się nasze sprawy sprawie narodowej czy tzw. wyższym wartościom. Musimy znaleźć sposoby, by się tym procesom przeciwstawić.
To nie jest problem czysto polski. Tak dzieje się wszędzie tam, gdzie rośnie w siłę nacjonalizm sprzężony z fundamentalistycznymi formami religii. W wielu miejscach na świecie życie kobiet, ich prawa, ich wolność okazują się wtedy przeszkodą na jedynie słusznej drodze obranej przez wspólnotę. Kobieta staje się odrealnionym, uwznioślonym symbolem. A realne kobiety - pionkami przesuwanymi po politycznej szachownicy. Nagle okazuje się, że honor narodowej wspólnoty, "tradycja" czy "specyfika kulturowa" wymagają od kobiet poświęceń, zasłaniania twarzy, rezygnacji z podstawowych praw. Kobiety są w imię tak pojętego honoru bite, okaleczane, zabijane.
Zmagając się z tymi procesami, światowy ruch kobiecy posługuje się kategoriami praw człowieka. Hasło "prawa kobiet są prawami człowieka", które towarzyszyło IV Światowej Konferencji ONZ w sprawie Kobiet (Pekin 1995), do dziś przyświeca działaniom ruchu kobiecego na świecie - to hasło nie jest truizmem, lecz bronią polityczną. Bowiem przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z "naszymi kobietami" mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostyczki. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.
Podczas kongresu raz po raz przewijał się temat praw reprodukcyjnych. Helena Łuczywo w filmie otwierającym kongres mówiła, że jest przeciw obecnemu prawu antyaborcyjnemu. Maria Janion i Izabela Jaruga-Nowacka przypomniały, że wprowadzono je z pominięciem zasad demokracji. Olga Krzyżanowska apelowała do mężczyzn, by zostawili te sprawy nam, kobietom.
Cieszę się, że te słowa padły. Nie uciekniemy przed tym tematem. Możemy mieć rozmaite poglądy na temat aborcji - ale jest faktem niezaprzeczalnym, że obecne restrykcyjne prawo, zakaz ingerujący w najintymniejszą sferę życia, przyczynia się do wielu ludzkich dramatów. Polscy fundamentaliści mają wobec nas dalsze plany - dążą przecież do zakazu in vitro. W imię swoich przekonań politycznych i religijnych chcą milionom ludzi odebrać prawo do starania się o upragnione dziecko.
Jak mówiła wczoraj prof. Janion, polska wspólnota narodowa to w wymiarze symbolicznym męska wspólnota uświęcona przez pewien uwznioślony obraz kobiety - matki panów braci. Nie dla niej nowoczesna medycyna. Nie dla niej prawo wyboru. Ona jest świętością obdarzoną prawem do cierpienia.
Jesteśmy zakładniczkami tych wspólnotowych fantazji. Politycznych i religijnych. Istnieje w tych wizjach naród i kobieta jako symbol, narodowa świętość. Nie istniejemy natomiast my: realne kobiety, obywatelki, podmioty praw. Ten kongres odbywa się po to, by nas urealnić.
Wednesday, November 12, 2008
Czy jestem feministką?
Umieszczam ten nie swój tekst, aby mieć do niego w każdej chwili dostęp, by go nie zapomnieć, by mi przypominał, ile to razy znajdowałam się w sytuacjach bardzo podobnych do tej opisanej przez Rebekę Walker, choć w "towarzystwach" tzw. lepszych, gdzie te same treści ubierane były w delikatniejsze słowa...
Umieszczam go też dla mojej przyjaciółki, która zadała mi pytanie "czym jest feminizm".
Stając się Trzecią Falą
Tekst: Rebecca Walker
„Becoming the Third Wave” powstało pod wpływem sprawy o molestowanie seksualne, o które Clarence’a Thomasa – czarnego kandydata na sędziego Sądu Najwyższego w Stanach Zjednoczonych – oskarżyła Afroamerykanka Anita Hill. Manifest Walker, będący proklamacją odrodzenia się ruchu kobiecego w Stanach w postaci Trzeciej Fali, ukazał się w 1992 roku w magazynie feministycznym „Ms.”.
Nie jestem jedną z tych osób, które siedziały przykute do telewizora, oglądając senackie przesłuchanie. Miałam zajęcia, na które musiałam iść, prace zaliczeniowe do napisania i, szczerze, ta cała sprawa była zbyt bolesna. Czarny mężczyzna wypytywany o swoje dewiacje seksualne przez komisję białych mężczyzn. Czarna kobieta oskarżająca o molestowanie i dyskredytowana przez inne kobiety. . . . Nie mogłam się zmusić do oglądania tej napaści na ludzkiego ducha, z której zrobiono sensację.
Jak dla mnie, w całej tej rozprawie nie chodziło o to, czy Clarence Thomas w rzeczywistości napastował Anitę Hill, czy też nie, lecz o sprawdzenie i zredefiniowanie zakresu kobiecej wiarygodności i władzy.
Czy kobiece doświadczenie jest w stanie zagrozić męskiej karierze? Czy kobiecy głos, kobiece poczucie własnej wartości i niesprawiedliwości może rzucić wyzwanie strukturze zbudowanej na podporządkowaniu naszej płci? Zeznania Anity Hill zagroziły, że uczynią to i jeszcze więcej. Jeśli Thomas nie zostałby zaprzysiężony, każdy mężczyzna w Stanach Zjednoczonych zostałby narażony na ryzyko. Jak wielu senatorów nigdy nie opowiedziałoby seksistowskiego dowcipu? Jak wielu mężczyzn nie użyłoby swego chronionego męskiego przywileju, by popsuć w jakiś sposób szyki koleżance, przyjaciółce czy też krewnej, umniejszając jej wpływy i pomysły?
Tym, dla których ich poczucie władzy jest w tak oczywisty sposób związane ze zdrowiem i wigorem ich penisa, byłaby to metaforyczna kastracja. Oczywiście, to zbyt wielkie zagrożenie.
Podczas gdy niektórzy mogą wychwalać cały spektakl za zwiększenie świadomości na temat molestowania seksualnego, jego rzeczywisty rezultat jest bardziej pouczający. On dostał awans. Ona została odrzucona. Mężczyźni zyskali pewność, co do nienaruszalności swojego penisa/władzy. Kobiety zostały upomniane, by zachowywać swoje doświadczenia dla siebie.
Kontruderzenie przeciwko amerykańskim kobietom naprawdę ma miejsce. Kiedy błędne rozumienie równości pomiędzy płciami staje się coraz bardziej powszechne, to samo dzieje się z próbą zawężenia granic osobistej i politycznej władzy kobiet. Zaprzysiężenie Thomasa, ostateczna manifestacja poparcia męskiego paradygmatu molestowania, jest wysłaniem jasnego przesłania do kobiet: „Zamknijcie się! Nawet jeśli będziecie mówić, my nie będziemy słuchać”.
Nie dam się uciszyć.
Jestem świadoma faktu, że żyjemy w oblężeniu. Mam zamiar oddać. Odkryłam i „spuściłam ze smyczy” więcej skrywanego gniewu, niż myślałam, że to możliwe. Niezliczony raz w moim dwudziestodwuletnim życiu zostałam zradykalizowana, upolityczniona, przebudzona. Odzyskałam głos i tym razem mój głos nie jest pojednawczy.
Po zaprzysiężeniu Thomasa zapytałam bliskiego mi mężczyznę, co myśli na temat tego całego bałaganu. Obchodzi go głównie niebezpieczeństwo, jakie Thomas może stwarzać dla praw obywatelskich dla kolorowych. Zaczynam tyradę: „Kiedy postępowi czarni mężczyźni zaczną stawiać na pierwszym miejscu moje prawa i dobro? Kiedy przestaną gadać tak cholernie dużo na temat «rasy», jakby dotyczyła ona wyłącznie ich?”. Odpowiada, że daję się ponieść emocjom. Krzyczę: „Muszę wiedzieć, czy jesteś ze mną, czy masz zamiar pozwolić im mnie zniszczyć?”.
Tydzień później jadę pociągiem do Nowego Jorku. Śliczna mama i córka, obie ubrane na zielono, siedzą po drugiej stronie przejścia. Mała dziewczynka ma ściśle zaplecione warkocze. Jej brązowa skóra jest zaróżowiona i gładka, jej oczy pogodne, gdy trajkocze radośnie, wyglądając przez okno. Dwaj mężczyźni wsiadają do pociągu i siadają zaraz za mną, trzęsąc moim siedzeniem, gdy z łomotem zajmują swoje. Zatapiam się we Wściekłość i wrzask. Zaczynają głośno rozmawiać o kobietach. „Człowieku, pieprzyłem sukę całą noc, a później nigdy do niej nie zadzwoniłem”. „Człowieku, tam jest wiele takich dziewczyn, znasz tę dziwkę, mieszka tam koło Tyrone? Cóż, wyrwałem to gówno”.
Matka przesuwa się bliżej do milczącej teraz córki. Patrząc na jej drobne plecy, dostrzegam, że przysłuchuje się mężczyznom. Zastanawiam się, jak mogę zmienić sytuację, jedyna ze wszystkich ludzi w wagonie. Milczenie czyni nas współsprawcami.
Kolejny wielki mężczyzna wsiada do pociągu. Po głośnym przywitaniu z tamtymi pasażerami, siada koło mnie. Mówi im, że jedzie do Filadelfii odwiedzić swoją żonę i dziecko. Naiwnie myślę, że jest inny. Wówczas: „Człowieku, jest cała masa kobiet w Filadelfii, które czekają na ciebie, byś dał im trochę”. Odwracam głowę i pozwalam, by ogień w moich oczach buchnął na niego. Zajmuje dwa siedzenia i ma ręce z wielkimi opuchniętymi kłykciami. Wyobrażam sobie, jak złote pierścionki na jego palcach spadają z trzaskiem na moją twarz. Wyczuwa coś. „Jak ci na imię, kochanie?”. Pozostali mężczyźni wychylają się zza siedzeń.
Wybucha potok słów: „Nie jestem twoim kochaniem, nie jestem twoją suką, nie jestem twoim maleństwem. Jak śmiesz mieć czelność, by siedzieć tu i mówić o kobietach w ten sposób, a później próbować rozmawiać ze mną?”. Kobieta/matka wtóruje do rytmu w poczuciu siostrzeństwa. Mężczyźni w jednej chwili zostają ogłuszeni. Wtem powrót: „O, suko, nie odwalaj tego kobiecego gówna tutaj, bo to głupia gadka”. Uderza tyłem jednej ręki o dłoń drugiej. Nie uchylam się. Fruwają słowa.
Odzywa się mój instynkt, podpowiadając, żebym wysiadła. „Jak widzę, nie zamierzacie się ruszyć; ja to zrobię”. Przesiadam się do pierwszego wagonu. Jestem tak wściekła, że ogarniają mnie myśli o morderstwie, o fizycznej zemście na nich, o separatyzmie. Prawie wychodzę z siebie; brakuje mi śmiałości, by się zamienić w żywą siłę. Jest mi niedobrze na myśl o tym, jak kobiety są negowane, gwałcone, ignorowane. Jestem wściekła, bezlitosna w swoim gniewnie na tych, którzy naruszają moją przestrzeń, którzy chcą zabrać moje prawa, którzy nie słyszą mego głosu. W miarę jak mijają dni, zmuszam się, by pojąć, co to znaczy być częścią Trzeciej Fali feminizmu. Zaczynam rozumieć, że jestem to winna sobie, mojej małej siostrze w pociągu, wszystkim córkom, które mają się jeszcze narodzić. Muszę wyjść poza swój gniew i sformułować agendę. Po zwalczeniu myśli o separatyzmie i bojowości, łączę się z własnymi uczuciami bezsilności. Zdaje sobie sprawę, że muszę przejść przemianę, jeśli mam się naprawdę poświęcić polepszeniu życiowej sytuacji kobiet. Moje zaangażowanie musi być czymś więcej niż głosem w dyskusji, braniem udziału w wyborach, czytaniem teorii feministycznej. Mój głos i świadomość muszą zostać przełożone na rzeczywistą akcję.
Jestem gotowa, by zdecydować się, tak jak moja matka zdecydowała przede mną, by poświęcić wiele ze swojej energii historii, zdrowiu i uzdrawianiu kobiet. Każdy z moich wyborów będzie musiał być zgodny z moim feministycznym standardem sprawiedliwości.
Bycie feministką oznacza włączenie ideologii równości i kobiecej siły w każde włókno mojego życia. Oznacza szukanie osobistej jasności w środku systemowej destrukcji, łączenie się w siostrzeństwie z innymi kobietami, nawet gdy jesteśmy podzielone, rozumienie struktur władzy po to, by je zakwestionować.
Choć to może wydawać się proste, jest to dokładnie ten rodzaj postawy, który jest niechętnie przyjmowany przez wiele moich rówieśniczek. Piszę więc te słowa jako apel do wszystkich kobiet, zwłaszcza kobiet z mojego pokolenia. Pozwólcie, by zaprzysiężenie Thomasa przypomniało wam, jak stało się to w moim przypadku, że do zakończenia walki jeszcze bardzo daleko. Niech to lekceważenie dla kobiecego doświadczenia wzbudzi w was gniew. Zamieńcie tę wściekłość w polityczną siłę. Nie głosujcie na nich, o ile nie działają dla nas. Nie kochajcie się z nimi, nie łamcie się z nimi chlebem, nie troszczcie się o nich i nie karmcie ich, jeśli nie stawiają na pierwszym miejscu naszej swobody do kontrolowania naszych ciał i życia.
Nie jestem feministką doby postfeminizmu. Jestem Trzecią Falą.
Tytuł oryginału "Becoming the Third Wave". Tekst ukazał się w 39 numerze pisma „Ms.”, styczeń–luty 1992.
Z języka angielskiego tłumaczyła Sylwia Kuźma, „LiteRacje”, nr 1 (14), wiosna 2007.
Rebecca Walker – ur. w 1969 roku, amerykańska pisarka i aktywistka feministyczna pochodzenia afroamerykańskiego i żydowskiego, córka Alice Walker, autorki „The Color Purple” („Kolor Purpury”). W 1992 założyła Third Wave Direct Action, przekształconą później w Third Wave Foundation, organizację mającą zachęcać młode kobiety do angażowania się w życie polityczne i społeczne i do stawania się liderkami w swoich społecznościach.
Czy jestem feministką? Tak - jestem.
Umieszczam go też dla mojej przyjaciółki, która zadała mi pytanie "czym jest feminizm".
Stając się Trzecią Falą
Tekst: Rebecca Walker
„Becoming the Third Wave” powstało pod wpływem sprawy o molestowanie seksualne, o które Clarence’a Thomasa – czarnego kandydata na sędziego Sądu Najwyższego w Stanach Zjednoczonych – oskarżyła Afroamerykanka Anita Hill. Manifest Walker, będący proklamacją odrodzenia się ruchu kobiecego w Stanach w postaci Trzeciej Fali, ukazał się w 1992 roku w magazynie feministycznym „Ms.”.
Nie jestem jedną z tych osób, które siedziały przykute do telewizora, oglądając senackie przesłuchanie. Miałam zajęcia, na które musiałam iść, prace zaliczeniowe do napisania i, szczerze, ta cała sprawa była zbyt bolesna. Czarny mężczyzna wypytywany o swoje dewiacje seksualne przez komisję białych mężczyzn. Czarna kobieta oskarżająca o molestowanie i dyskredytowana przez inne kobiety. . . . Nie mogłam się zmusić do oglądania tej napaści na ludzkiego ducha, z której zrobiono sensację.
Jak dla mnie, w całej tej rozprawie nie chodziło o to, czy Clarence Thomas w rzeczywistości napastował Anitę Hill, czy też nie, lecz o sprawdzenie i zredefiniowanie zakresu kobiecej wiarygodności i władzy.
Czy kobiece doświadczenie jest w stanie zagrozić męskiej karierze? Czy kobiecy głos, kobiece poczucie własnej wartości i niesprawiedliwości może rzucić wyzwanie strukturze zbudowanej na podporządkowaniu naszej płci? Zeznania Anity Hill zagroziły, że uczynią to i jeszcze więcej. Jeśli Thomas nie zostałby zaprzysiężony, każdy mężczyzna w Stanach Zjednoczonych zostałby narażony na ryzyko. Jak wielu senatorów nigdy nie opowiedziałoby seksistowskiego dowcipu? Jak wielu mężczyzn nie użyłoby swego chronionego męskiego przywileju, by popsuć w jakiś sposób szyki koleżance, przyjaciółce czy też krewnej, umniejszając jej wpływy i pomysły?
Tym, dla których ich poczucie władzy jest w tak oczywisty sposób związane ze zdrowiem i wigorem ich penisa, byłaby to metaforyczna kastracja. Oczywiście, to zbyt wielkie zagrożenie.
Podczas gdy niektórzy mogą wychwalać cały spektakl za zwiększenie świadomości na temat molestowania seksualnego, jego rzeczywisty rezultat jest bardziej pouczający. On dostał awans. Ona została odrzucona. Mężczyźni zyskali pewność, co do nienaruszalności swojego penisa/władzy. Kobiety zostały upomniane, by zachowywać swoje doświadczenia dla siebie.
Kontruderzenie przeciwko amerykańskim kobietom naprawdę ma miejsce. Kiedy błędne rozumienie równości pomiędzy płciami staje się coraz bardziej powszechne, to samo dzieje się z próbą zawężenia granic osobistej i politycznej władzy kobiet. Zaprzysiężenie Thomasa, ostateczna manifestacja poparcia męskiego paradygmatu molestowania, jest wysłaniem jasnego przesłania do kobiet: „Zamknijcie się! Nawet jeśli będziecie mówić, my nie będziemy słuchać”.
Nie dam się uciszyć.
Jestem świadoma faktu, że żyjemy w oblężeniu. Mam zamiar oddać. Odkryłam i „spuściłam ze smyczy” więcej skrywanego gniewu, niż myślałam, że to możliwe. Niezliczony raz w moim dwudziestodwuletnim życiu zostałam zradykalizowana, upolityczniona, przebudzona. Odzyskałam głos i tym razem mój głos nie jest pojednawczy.
Po zaprzysiężeniu Thomasa zapytałam bliskiego mi mężczyznę, co myśli na temat tego całego bałaganu. Obchodzi go głównie niebezpieczeństwo, jakie Thomas może stwarzać dla praw obywatelskich dla kolorowych. Zaczynam tyradę: „Kiedy postępowi czarni mężczyźni zaczną stawiać na pierwszym miejscu moje prawa i dobro? Kiedy przestaną gadać tak cholernie dużo na temat «rasy», jakby dotyczyła ona wyłącznie ich?”. Odpowiada, że daję się ponieść emocjom. Krzyczę: „Muszę wiedzieć, czy jesteś ze mną, czy masz zamiar pozwolić im mnie zniszczyć?”.
Tydzień później jadę pociągiem do Nowego Jorku. Śliczna mama i córka, obie ubrane na zielono, siedzą po drugiej stronie przejścia. Mała dziewczynka ma ściśle zaplecione warkocze. Jej brązowa skóra jest zaróżowiona i gładka, jej oczy pogodne, gdy trajkocze radośnie, wyglądając przez okno. Dwaj mężczyźni wsiadają do pociągu i siadają zaraz za mną, trzęsąc moim siedzeniem, gdy z łomotem zajmują swoje. Zatapiam się we Wściekłość i wrzask. Zaczynają głośno rozmawiać o kobietach. „Człowieku, pieprzyłem sukę całą noc, a później nigdy do niej nie zadzwoniłem”. „Człowieku, tam jest wiele takich dziewczyn, znasz tę dziwkę, mieszka tam koło Tyrone? Cóż, wyrwałem to gówno”.
Matka przesuwa się bliżej do milczącej teraz córki. Patrząc na jej drobne plecy, dostrzegam, że przysłuchuje się mężczyznom. Zastanawiam się, jak mogę zmienić sytuację, jedyna ze wszystkich ludzi w wagonie. Milczenie czyni nas współsprawcami.
Kolejny wielki mężczyzna wsiada do pociągu. Po głośnym przywitaniu z tamtymi pasażerami, siada koło mnie. Mówi im, że jedzie do Filadelfii odwiedzić swoją żonę i dziecko. Naiwnie myślę, że jest inny. Wówczas: „Człowieku, jest cała masa kobiet w Filadelfii, które czekają na ciebie, byś dał im trochę”. Odwracam głowę i pozwalam, by ogień w moich oczach buchnął na niego. Zajmuje dwa siedzenia i ma ręce z wielkimi opuchniętymi kłykciami. Wyobrażam sobie, jak złote pierścionki na jego palcach spadają z trzaskiem na moją twarz. Wyczuwa coś. „Jak ci na imię, kochanie?”. Pozostali mężczyźni wychylają się zza siedzeń.
Wybucha potok słów: „Nie jestem twoim kochaniem, nie jestem twoją suką, nie jestem twoim maleństwem. Jak śmiesz mieć czelność, by siedzieć tu i mówić o kobietach w ten sposób, a później próbować rozmawiać ze mną?”. Kobieta/matka wtóruje do rytmu w poczuciu siostrzeństwa. Mężczyźni w jednej chwili zostają ogłuszeni. Wtem powrót: „O, suko, nie odwalaj tego kobiecego gówna tutaj, bo to głupia gadka”. Uderza tyłem jednej ręki o dłoń drugiej. Nie uchylam się. Fruwają słowa.
Odzywa się mój instynkt, podpowiadając, żebym wysiadła. „Jak widzę, nie zamierzacie się ruszyć; ja to zrobię”. Przesiadam się do pierwszego wagonu. Jestem tak wściekła, że ogarniają mnie myśli o morderstwie, o fizycznej zemście na nich, o separatyzmie. Prawie wychodzę z siebie; brakuje mi śmiałości, by się zamienić w żywą siłę. Jest mi niedobrze na myśl o tym, jak kobiety są negowane, gwałcone, ignorowane. Jestem wściekła, bezlitosna w swoim gniewnie na tych, którzy naruszają moją przestrzeń, którzy chcą zabrać moje prawa, którzy nie słyszą mego głosu. W miarę jak mijają dni, zmuszam się, by pojąć, co to znaczy być częścią Trzeciej Fali feminizmu. Zaczynam rozumieć, że jestem to winna sobie, mojej małej siostrze w pociągu, wszystkim córkom, które mają się jeszcze narodzić. Muszę wyjść poza swój gniew i sformułować agendę. Po zwalczeniu myśli o separatyzmie i bojowości, łączę się z własnymi uczuciami bezsilności. Zdaje sobie sprawę, że muszę przejść przemianę, jeśli mam się naprawdę poświęcić polepszeniu życiowej sytuacji kobiet. Moje zaangażowanie musi być czymś więcej niż głosem w dyskusji, braniem udziału w wyborach, czytaniem teorii feministycznej. Mój głos i świadomość muszą zostać przełożone na rzeczywistą akcję.
Jestem gotowa, by zdecydować się, tak jak moja matka zdecydowała przede mną, by poświęcić wiele ze swojej energii historii, zdrowiu i uzdrawianiu kobiet. Każdy z moich wyborów będzie musiał być zgodny z moim feministycznym standardem sprawiedliwości.
Bycie feministką oznacza włączenie ideologii równości i kobiecej siły w każde włókno mojego życia. Oznacza szukanie osobistej jasności w środku systemowej destrukcji, łączenie się w siostrzeństwie z innymi kobietami, nawet gdy jesteśmy podzielone, rozumienie struktur władzy po to, by je zakwestionować.
Choć to może wydawać się proste, jest to dokładnie ten rodzaj postawy, który jest niechętnie przyjmowany przez wiele moich rówieśniczek. Piszę więc te słowa jako apel do wszystkich kobiet, zwłaszcza kobiet z mojego pokolenia. Pozwólcie, by zaprzysiężenie Thomasa przypomniało wam, jak stało się to w moim przypadku, że do zakończenia walki jeszcze bardzo daleko. Niech to lekceważenie dla kobiecego doświadczenia wzbudzi w was gniew. Zamieńcie tę wściekłość w polityczną siłę. Nie głosujcie na nich, o ile nie działają dla nas. Nie kochajcie się z nimi, nie łamcie się z nimi chlebem, nie troszczcie się o nich i nie karmcie ich, jeśli nie stawiają na pierwszym miejscu naszej swobody do kontrolowania naszych ciał i życia.
Nie jestem feministką doby postfeminizmu. Jestem Trzecią Falą.
Tytuł oryginału "Becoming the Third Wave". Tekst ukazał się w 39 numerze pisma „Ms.”, styczeń–luty 1992.
Z języka angielskiego tłumaczyła Sylwia Kuźma, „LiteRacje”, nr 1 (14), wiosna 2007.
Rebecca Walker – ur. w 1969 roku, amerykańska pisarka i aktywistka feministyczna pochodzenia afroamerykańskiego i żydowskiego, córka Alice Walker, autorki „The Color Purple” („Kolor Purpury”). W 1992 założyła Third Wave Direct Action, przekształconą później w Third Wave Foundation, organizację mającą zachęcać młode kobiety do angażowania się w życie polityczne i społeczne i do stawania się liderkami w swoich społecznościach.
Czy jestem feministką? Tak - jestem.
Sunday, November 9, 2008
Obywatelski projekt pomocy osobom doświadczającym przemocy w rodzinie
Poprzyjcie ten projekt!
Ma on pomóc ofiarom przemocy. Wciąż trudno uwierzyć, że taka przemoc ma miejsce. Niby słyszymy, widzimy przerażające zdjęcia, płakać nam się chce na widok maltretowanych dzieci (kobiety pokazuje się rzadziej), ale... przecież nas to nie dotyczy, ten problem jest gdzieś obok... Nie pozostawajcie obojętni.
Podpis można również złożyć, w pewnym sensie, przez internet - wchodząc na stronę fundacji www.razemlepiej.pl i ściągając stamtąd listę poparcia, którą następnie należy przesłać pocztą.
Zróbcie to - znaczek nie kosztuje tak dużo, zresztą, cóż znaczy wobec ceny zdrowia, a czasem życia maltretowanych. Na stronie Fundacji znajdziecie również pełen tekst ustawy i projektowanych zmian.
7 tys. podpisów zebrano dotąd pod obywatelskim projektem nowelizacji ustawy, który ma się przyczynić do poprawy sytuacji ofiar przemocy w Polsce. Pomysłodawca, fundacja Razem Lepiej, musi do połowy stycznia 2009 r. zebrać ich 100 tys., żeby mogła się rozpocząć procedura legislacyjna.
Do akcji zbierania podpisów włączyły się różne organizacje pozarządowe, w tym Partia Kobiet.
Projekt nowelizacji gwarantuje znacznie lepszą ochronę ofierze przemocy, jednocześnie nie pozbawiając sprawcy prawa do obrony. Powstał w wyniku wielomiesięcznej pracy i konsultacji społecznych. W jego tworzenie były zaangażowane organizacje pozarządowe, urzędnicy samorządowi, eksperci z zakresu prawa oraz pracownicy administracji rządowej. Przestudiowałyśmy w PK projekty PIS, PO i fundacji "Razem lepiej" i potwierdzamy przewagę tego ostatniego; jest najdalej idący w ochronie bitych kobiet i dzieci.
Popieramy także pomysł powołania Ośrodków do Scalania Rodziny, do których mogłyby się zgłaszać osoby pokrzywdzone albo osoby kierowane przez sądy opiekuńcze. Fundacja chce nie tylko przeciwdziałać przemocy w rodzinie, ale zająć się również pomocą rodzinie w kryzysie.
Ma on pomóc ofiarom przemocy. Wciąż trudno uwierzyć, że taka przemoc ma miejsce. Niby słyszymy, widzimy przerażające zdjęcia, płakać nam się chce na widok maltretowanych dzieci (kobiety pokazuje się rzadziej), ale... przecież nas to nie dotyczy, ten problem jest gdzieś obok... Nie pozostawajcie obojętni.
Podpis można również złożyć, w pewnym sensie, przez internet - wchodząc na stronę fundacji www.razemlepiej.pl i ściągając stamtąd listę poparcia, którą następnie należy przesłać pocztą.
Zróbcie to - znaczek nie kosztuje tak dużo, zresztą, cóż znaczy wobec ceny zdrowia, a czasem życia maltretowanych. Na stronie Fundacji znajdziecie również pełen tekst ustawy i projektowanych zmian.
7 tys. podpisów zebrano dotąd pod obywatelskim projektem nowelizacji ustawy, który ma się przyczynić do poprawy sytuacji ofiar przemocy w Polsce. Pomysłodawca, fundacja Razem Lepiej, musi do połowy stycznia 2009 r. zebrać ich 100 tys., żeby mogła się rozpocząć procedura legislacyjna.
Do akcji zbierania podpisów włączyły się różne organizacje pozarządowe, w tym Partia Kobiet.
Projekt nowelizacji gwarantuje znacznie lepszą ochronę ofierze przemocy, jednocześnie nie pozbawiając sprawcy prawa do obrony. Powstał w wyniku wielomiesięcznej pracy i konsultacji społecznych. W jego tworzenie były zaangażowane organizacje pozarządowe, urzędnicy samorządowi, eksperci z zakresu prawa oraz pracownicy administracji rządowej. Przestudiowałyśmy w PK projekty PIS, PO i fundacji "Razem lepiej" i potwierdzamy przewagę tego ostatniego; jest najdalej idący w ochronie bitych kobiet i dzieci.
Popieramy także pomysł powołania Ośrodków do Scalania Rodziny, do których mogłyby się zgłaszać osoby pokrzywdzone albo osoby kierowane przez sądy opiekuńcze. Fundacja chce nie tylko przeciwdziałać przemocy w rodzinie, ale zająć się również pomocą rodzinie w kryzysie.
Kontrowersje wzbudza natomiast zapis dotyczący obligatoryjnego sprawdzania, przez pracowników szkól, czy dziecko ma kanapki (tzw. drugie śniadanie). Według nas zapis ten godzi w godność i prywatność dziecka, naraża je na stres. Jak miałoby wyglądać takie przeszukanie tornistra? No cóż, będziemy się starały wpłynąć na zmianę tego zapisu - to przecież projekt.
Zbierajcie podpisy!
Monday, November 3, 2008
szklany sufit
Gdyby ktoś sobie pomyślał, że od lat 70. upłynęło jednak sporo czasu i wiele się przez te prawie czterdzieści lat zmieniło, powiedziałabym temu komuś, że jest w błędzie, bo sufit nadal istnieje, stał się jedynie jakby bardziej przeźroczysty, gdzieniegdzie pomalowano go w kwiatki (nie licząc się zresztą z różnorodnością kobiecych gustów), ale z pewnością, korzystając z postępu techniki i inżynierii, głównie inżynierii manipulacji społecznej, uczyniono go silniejszym i odpornym na wstrząsy wywoływane wzrastającą aktywnością kobiet w życiu społecznym narodów.

Szklany sufit
to inaczej niewidzialna bariera, która zdaje się oddzielać
kobiety od wyższych i najwyższych szczebli kariery, uniemożliwiająca im awansowanie na sam szczyt.
Mianem "szklanego sufitu" - glass ceiling, określa się przeszkody, jakie napotykają kobiety pełniące funkcje kierownicze:
wyrażenie to symbolizuje widoczność awansu przy jednoczesnej jego nieosiągalności.
ciąg dalszy nastąpi...
Subscribe to:
Posts (Atom)